POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 15 (3106) z dnia 2017-04-12; s. 22-24

Rozmowa na Święta

Andrzej Brzeziecki

Starość nie jest pięknym darem

Józefa Hennelowa o sztuce rezygnacji, sensie długiego życia i o tym, czy można się przygotować na śmierć

Andrzej Brzeziecki: – Kiedy poczuła pani, że starość nadchodzi?
Józefa Hennelowa: – Późno zauważyłam braki, które dotykają starzejącą się osobę. Cała moja kariera polityczna zaczęła się dopiero, gdy miałam 64 lata. Pamiętam, że nieraz trzeba było całą noc jechać pociągiem, brać udział w wielogodzinnych obradach, spotkaniach. Potem posiedzenia Sejmu też były wyczerpujące. To dziś ludzie domagają się opieki zaraz po 60. Pańskie pokolenie wcale nie musi być zdrowe, może nasze przedwojenne części były lepsze?

Ale starość z czasem przyszła. Momentów, kiedy przychodziła, mogło być kilka. To są takie uderzenia czysto fizyczne. Jednym z nich było odkrycie, że perspektywa rozporządzania własnym wzrokiem jest ograniczona. Kiedyś w Nałęczowie postanowiliśmy skorzystać z mężem, gdy jeszcze żył, z porady okulisty i dowiedziałam się od niego, jak się samej zdiagnozować. Lekarz dał mi kartkę w kratkę z punktem w środku i powiedział, że jak zobaczę, iż kratki się gną, a punkt jest nie do uchwycenia, będzie wiadomo, że to następny etap choroby siatkówki. To jest nieuleczalne, związane z wiekiem. Wtedy bije dzwon. A to tylko jeden z etapów.

Pani buntuje się przeciw swojej starości?
Oczywiście. To sprawia, że czasami jest się ciężkim do zniesienia. Człowiek stary wyobraża sobie, że zachowuje prawo do krytyki, kategorycznych sądów, oceniania wyborów młodszych pokoleń. Chce im mówić, jak mają żyć. To może drażnić. Wśród papierów męża znalazłam tekst Tomasza z Akwinu, w którym pisał, cytuję z pamięci: „Wiem, że jestem najmądrzejszy, ale pozwól mi Boże nie dawać tego wszystkim do zrozumienia, bo chciałbym zachować jeszcze paru przyjaciół”.

Wielu ludzi uczy się więc milczenia. Kiedyś tego nie rozumiałam. Teraz rozumiem, dlaczego tylko się uśmiechają, nie spieszą się z osądem. Najtrudniej jest z ludźmi chorymi, oni wkraczają w zupełnie inny świat w ramach starości.

W miesięczniku „Znak”, w którym pisze pani felietony pod znamiennym tytułem „Coraz bliżej albo coraz mniej”, napisała pani niedawno: „Przestajemy dostawać zaproszenia. Przestajemy dostawać odpowiedzi na list wysłany. I coraz częściej telefon z jakiejś sondażowni zamienia się w grzeczne podziękowanie po paru słowach wyjaśnienia, w jakim rzeczywiście jesteśmy wieku”. Czy rzeczywiście więź ze światem przestaje istnieć?
Tak, powoli, ale tak. W pewnym momencie następuje wycofanie się w sferę, w której się nie mówi, nie pisze, nie urządza uroczystych przyjęć. Taka postawa wydaje mi się bardziej słuszna. Co prawda, gdy ktoś odchodzi, zostawia żal: gdybyśmy wiedzieli, tobyśmy go jeszcze spytali, zdążylibyśmy z czymś.

Jerzy Stuhr mówił w jednym z wywiadów, że w pewnym momencie, starzejąc się, izolujemy się od społeczeństwa – rozmowa, spotkania rodzinne, wszystko to są obowiązki, które coraz trudniej nam spełniać. Nie dlatego, że kogoś się nie lubi albo lekceważy, ale już po prostu nie ma na to miejsca w rytmie naszego życia. Jest to coś, przeciwko czemu człowiek sam się buntuje. I tego nie można już nadrobić ani dobrym wychowaniem, ani przywiązaniem. Trzeba by ciągle tłumaczyć: nie przeczytam, nie usłyszę, nie dojdę.

Czyli starość wymaga sztuki rezygnacji?
Tak, zdecydowanie. Różne czynności trwają coraz dłużej, więc z wielu trzeba rezygnować.

Z czego pani rezygnuje – książki, muzyka?
Sama już nie czytam. Jestem zależna od lektora. Nigdy nie przemyślałam i już pewnie nie zdążę przemyśleć gruntownie ostatnich dzieł Tomasza Manna. Na pewno też już nie dotrę do wielu dzieł Williama Szekspira. Niektóre symfonie Ludwika van Beethovena wciąż czekają na to, by się jeszcze raz w nie wsłuchać. Nie przeczytałam wszystkich książek Jana Pawła II. Wydawało mi się, że to kiedyś zrobię, ale na pewnym etapie zaczęłam się zastanawiać, czy znajdę tam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, albo jeśli te odpowiedzi tam są, to może ja ich już nie chcę. Nie sięgnęłam już do wydań zbiorowych pism moich przyjaciół: Jerzego Turowicza, Stefana Swieżawskiego, Jacka Woźniakowskiego. Czytałam je wszystkie, gdy były publikowane, choćby w „Tygodniku Powszechnym”, ale chciałabym je jeszcze raz przeczytać. Nie dam rady.

Kiedyś rozmawiałem z prof. Jerzym Szackim i zeszło na budowę drugiej linii metra w Warszawie, powiedziałem, że rok czy dwa opóźnienia nie ma znaczenia. On powiedział, że dla niego ma, bo takie opóźnienie może oznaczać, że on już do tego metra nie wsiądzie. Czy dla pani perspektywa roku czy dwóch też jest tak trwożąca? Myśli pani tak np. o przyszłych świętach?
Wbrew pozorom takich myśli człowiek ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Józefa Hennelowa (ur. w 1925 r. w Wilnie) jest publicystką, była wieloletnią redaktorką „Tygodnika Powszechnego” (m.in. była zastępczynią redaktora naczelnego), do 2012 r. felietonistką tego pisma. Członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–93 posłanka na Sejm. Ostatnio opublikowała książkę „Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć” (2012).