POLITYKA

Piątek, 24 października 2014

Polityka - nr 30 (2614) z dnia 2007-07-28; s. 20-22

Temat tygodnia / Kraj

Jacek Żakowski

Strasznie śmieszne

Ktoś błyskotliwie powiedział, że Polska nie stanie się republiką bananową, bo u nas banany nie rosną. Ale klimat się zmienia... Polscy politycy coraz intensywniej starają się tę zmianę wyprzedzić. Chwilowo doszliśmy do stadium pośredniego. Rzeczpospolita staje się republiką kabaretową.

W swojej zaledwie rocznej rządowej karierze Andrzej Lepper dwa razy był wicepremierem. Podobnie jak Zyta Gilowska. Ale premierów też było w tym czasie dwóch. Za to ile było umów oraz paktów przedkoalicyjnych, koalicyjnych i neokoalicyjnych, ile wymieniono obelg, listów i pogróżek w tej sprawie, nikt już nie pamięta. Być może dlatego, że trudno jest odróżnić umowy prawdziwe od próbnych podpisywanych na wyłączność Telewizji Trwam. Nie była to jednak najbardziej zaskakująca kariera obecnej kadencji. Sławę zdobył też owczarek Irasiad, bezdomny Hubert ścigany listami gończymi za to, że się źle wyrażał o braciach Kaczyńskich, oraz Marek Raczkowski, któremu zarzucono wtykanie chorągiewek w psie gówna. Niezwykłą pozycję zdobył również Rasputin IV RP ojciec Tadeusz Rydzyk, który otrzymał prawo rozstawiania rządu po kątach.

Także dzięki wysiłkom rządu poznaliśmy całkiem nowe treści z historii literatury oraz nowe fakty z nauk przyrodniczych. Premier m.in. przedstawił Polakom nowy refren hymnu narodowego proponując, by Dąbrowski maszerował z ziemi polskiej do Polski (chodziło mu zapewne o marsz z III do IV RP), oraz poinformował nas, że marihuana i konopie indyjskie to całkiem co innego, a minister oświaty na nowo napisał za Gombrowicza „Transatlantyk”, czyniąc z tej książki skandaliczną, dekadencką powieść o homoseksualiście uciekającym przed służbą wojskową, oraz (wraz z ojcem) obalił teorię ewolucji. (Nawiasem mówiąc, premier, który osobiście ustala kanon lektur szkolnych, daje się obsadzić w roli Wielkiego Literaturoznawcy).

Na rocznicę istnienia rząd miał jednak więcej powodów do dumy. W dziedzinie komunikacji – co podkreślono w wydanej przez rząd rocznicowej książeczce – na szczególną uwagę zasługuje wkład osobisty premiera, który już w pierwszym okresie urzędowania własnymi rękoma otworzył odcinek autostrady z Poznania do Strykowa. Społeczeństwo winne jest premierowi wdzięczność. Bo mógł nie otworzyć. Albo przełożyć otwarcie na 2012 r. Autostrada stałaby i niszczała całkiem bezużytecznie. A dzięki premierowi możemy po niej jeździć.

Powołano też CBA – specjalną bardzo tajną służbę, która zasłynęła tym, że prawie się jej udało wrobić wicepremiera Leppera w łapówkę, a dr. G. w morderstwo. Sukcesy nie były może całkowite, ale jednak przeprowadzono piękne, koronkowe, niesłychanie kunsztowne i kosztowne operacje z użyciem najnowocześniejszych środków (helikopter!). Niestety jedną z koronkowych akcji popsuł niekumaty wójt z Mazur, który zdekonspirował agentów, a drugą zmarnował sędzia, który nie uwierzył w morderstwo, bo zapewne należał do układu. Można więc powiedzieć, że sukces był na 90 proc. Wszystko szło dobrze, dopóki nie przestało iść dobrze. Następnym razem na pewno pójdzie lepiej.

Ministerstwo Sprawiedliwości też ma osiągnięcia w zwalczaniu przestępczości. Ekstradycja podżegacza Mazura (Edward Mazur i wójt z Mazur: to nie może być tylko zbieg okoliczności!) też prawie się udała. Tym razem zawiódł niekumaty amerykański sędzia. Prawie skazano też sprawców inwigilacji prawicy. Niestety, prokuratura spóźniła się z zaskarżeniem wyroku pierwszej instancji, w której nie udało się całkiem osiągnąć założonego celu. Widać z tego, że pilnego rozwiązania wymaga problem sądów, które chronią przestępców. Polski prezydent właśnie podpisał odpowiednią ustawę, która pozwoli ministrowi na ręczne sterowanie sądami. W najbliższym czasie min. Ziobro zażąda zapewne, żeby tym samym tropem poszli Amerykanie. Bo tej ekipie żądanie przychodzi łatwiej niż komukolwiek wcześniej.

Na odważnych żądaniach oparte są zwłaszcza sukcesy tego rządu w polityce międzynarodowej. Od Rosjan zażądaliśmy zniesienia embarga na mięso. Bardzo się tym przejęli i obiecali, że rozpatrzą sprawę. Od Europejczyków zażądaliśmy pierwiastka kwadratowego. Też przyjęli to ze zrozumieniem. IV RP może się pierwiastkować, ile jej się podoba. Od Amerykanów zażądaliśmy rakiet Patriot i zniesienia wiz. Prezydent Bush odniósł się do naszej prośby z najwyższym zrozumieniem i uścisnął dłoń Lechowi Kaczyńskiemu. Żaden polski rząd po II wojnie światowej nie miał dość odwagi, by żądać tak wiele, tak konsekwentnie niczego nie uzyskiwać i uparcie wymyślać kolejne żądania.

Gdyby rzecz działa się w kinie, a nie w naszym najprawdziwszym życiu, prawie codziennie pękalibyśmy ze śmiechu. Bo na oczach całego społeczeństwa bracia Kaczyńscy (ksywka drapieżne kaczory) udają braci Marx, zaś Roman Giertych z Andrzejem Lepperem (ksywka lis chytrus) grają Flipa i Flapa. A przecież najwyższe koalicyjne kręgi nie są osamotnione w swoich komediowych czy kabaretowych zapędach. Na niższych kręgach władzy bez trudu można znaleźć pilnych naśladowców najwię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]