POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 96-97

Ludzie i obyczaje

Krystyna Lubelska

Strój jako ja

Rozmowa z dr. hab. Piotrem Szarotą, psychologiem i kulturoznawcą, autorem książki „Od skarpetek Tyrmanda do krawata Leppera”

Krystyna Lubelska: – Jeszcze do niedawna synowie pragnęli być podobni do ojców, zapuszczali brody, zakładali kamizelki i garnitury – miało to świadczyć, że stali się dorośli. Teraz rodzice pragną upodobnić się do własnych dzieci, podążają za ich modą i stylem życia. Czy w tej dziedzinie czas zaczął biec w odwrotnym kierunku?

Piotr Szarota: – W Polsce jest pod tym względem trochę inaczej niż na Zachodzie, gdzie rzeczywiście obowiązuje młodzieńczy styl ubierania się: mocne kolory, ekstrawaganckie dodatki, luz i nonszalancja. Spacer po centrum Warszawy i Krakowa daje mocno wykrzywiony obraz, bo jeśli pojedziemy w głąb kraju, przekonamy się, jak dobrze mają się tradycyjne konwencje stroju. Polak, który przekroczył czterdziestkę, takie jest wręcz społeczne oczekiwanie, powinien się ubierać i zachowywać inaczej niż dwudziestolatek.

To znaczy jak?

Ubrania tracą żywe kolory na rzecz burości i szarzyzny, fryzury układa się nudno i statecznie. Kobiety zaś, takie jest oczekiwanie większości, w pewnym momencie życia powinny w ogóle zrezygnować z wszelkiej zmysłowości i stać się aseksualne, najlepiej niewidoczne.

Nadchodzi wówczas pora moherowego beretu?

Jeśli nawet nie dosłownie, to metaforycznie, bo moherowy beret symbolizuje przede wszystkim przywiązanie do tradycji i odrzucenie tego, co kojarzy się z rozpasanym i hedonistycznym światem. Moher jest wyrazem tęsknoty części ludzi za tym, żeby nasza rzeczywistość społeczna była jasno i wyraziście poukładana. Ów porządek rzeczy ma znajdować również odbicie w atrybutach strojów skomponowanych w zależności od wieku oraz hierarchii tych, którzy je noszą.

Jednak współczesność wszystko komplikuje i widać to wyraźnie, zwłaszcza w dużych miastach. Coraz więcej ludzi woli się przebierać i odmładzać, niż przestrzegać zasad rodem ze starej szafy. Przeciwstawiają się presji tego, co wypada, a czego nie wypada nosić. Taka postawa z kolei stanowi wyzwanie dla tradycjonalistów, budzi w nich odruchy niechęci i nietolerancji.

Wolny rynek i konsumeryzm napędzają mechanizmy mody. Nie oznacza to jednak, że wszelkie mundurki się zużyły. Noszenie szat organizacyjnych ma nadal demonstrować przynależność do danej grupy, wystarczy spojrzeć na dresiarzy, szalikowców czy członków Samoobrony, choć ci akurat stali się ostatnio trochę mniej widoczni.

A jednak nadal obowiązuje przekonanie, że pewna umiarkowana dbałość o strój przystoi matce Polce, natomiast jako niemęskie traktuje się przywiązywanie przez mężczyzn wagi do estetyki stroju.

Tego rodzaju pogląd służy utrwalaniu stereotypów płci. Kobieta może podążać za modą albo nie – to jest w dużym stopniu jej wybór. Ale już mężczyzna przykładający wagę do ubrania w oczach wielu członków naszego społeczeństwa skazany jest na porażkę. Jego wizerunek nabiera cech nader podejrzanej zniewieściałości. Znacznie lepiej postrzegana jest abnegacja w męskim stroju niż staranność. To taka nasza pszenno-buraczana mutacja machismo, ale trzeba wiedzieć, że macho latynoski przywiązuje do stroju ogromną wagę. Natomiast większość polskich mężczyzn wciąż nie jest w stanie pokonać wstydu przed zajmowaniem się własnym wyglądem, grzebaniem na sklepowych półkach, przymierzaniem. Zadawnione kompleksy, przesądy, przyzwyczajenia odgrywają istotną rolę w psychicznej blokadzie, na jaką cierpi spory procent polskich mężczyzn. Broniąc się przed modą, mają poczucie, że bronią się przed atakiem na własną męskość.

Ostatnie dwie dekady niczego tu nie zmieniły?

Kilkadziesiąt lat socjalizmu, a wraz z nim ubraniowej urawniłowki, ugruntowało takie podejście do kwestii ciuchów. Niewielu znalazło się mężczyzn, którzy ośmielali się kontestować ubraniowy tumiwisizm. Możemy wymienić wręcz wrogą ideologicznie elegancję pisarza Leopolda Tyrmanda, haftowane kożuszki Czesława Niemena czy sarmackie stylizacje Jerzego Waldorffa, ale takie przykłady policzyć można na palcach jednej ręki. Dziś nie jest lepiej. Mamy kolorowego stylistę Tomasza Jacykowa, pisarza Jacka Dehnela w surducie, Janusza Palikota z jego niestandardową fryzurą i fantazyjnymi apaszkami czy ulubieńca tabloidów Michała Wiśniewskiego. Łatwość, z jaką można stać się u nas ubraniowym skandalistą, daje do myślenia.

Poprzez strój pragniemy zademonstrować, jacy jesteśmy, czy wręcz przeciwnie, pragniemy udawać kogoś innego?

Zakłada się, że w cywilizowanym świecie wizerunek coraz częściej ma służyć kreowaniu tożsamości. Jeśli komuś znudzi się dotychczasowa tożsamość albo uzna, że jest ona już nie na czasie, może zafundować sobie inną, kupić odpowiednie akcesoria, zaprojektować nową fryzurę. U nas tożsamość nadal traktuje się jako coś względnie trwałego. Polacy są bardzo ostrożni w kwestiach mody. Nie lubią wizerunkowych transformacji, nie przepadają za ubraniową awangardą, nie lubią, jak ktoś się wyróżnia. Każdy chce, aby jego ubranie podobało się wszystkim. Ta zachowawczość i brak indywidualizmu cechuje także ludzi, których stać na to, aby ubrać się dobrze.

A więc średnia krajowa ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]