POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 41 (2726) z dnia 2009-10-10; s. 90-92

Świat

Marek Ostrowski

Stygnący wulkan?

Na półmetku kadencji Nicolasa Sarkozy’ego można już zadać pytanie: z czym ten prezydent przejdzie do historii. I jak zdoła zmienić społe­czeństwo francuskie.

Przed sądem w Paryżu ruszył proces ze wszystkimi elementami politycznego skandalu: poufne transakcje zbrojeniowe, pranie brudnych pieniędzy, służby specjalne, rzekome tajne konta polityków, rywalizacja polityczna, korupcja. To historia sprzed pięciu lat i na całe tomy. W skrócie: lista tajnych kont miała wypłynąć z luksemburskiego banku Clearstream (stąd nazwa afery i procesu). Otóż dzisiejszy prezydent Nicolas Sarkozy oskarża ówczesnego premiera Francji Dominique’a de Villepin, że kazał tajnym służbom sprawdzać, czy nazwiska „Sarkozy” nie ma w podejrzanych transakcjach banku, chociaż wiedział, że podejrzenia są sfabrykowane. Po prostu robił to, by skompromitować swego rywala do prezydentury. De Villepin nie pozostaje dłużny. Teraz złożył skargę, iż prezydent oskarża go fałszywie, bez żadnych dowodów, i w ten sposób świadomie łamie zasadę domniemania niewinności.

Proces zakończy się prawie na półmetku pięcioletniej kadencji Nicolasa Sarkozy’ego, wybranego z nadzieją na odnowę i przewietrzenie klimatu we Francji. A wiadomo, także z polskich doświadczeń, że czego się nie zrobi na początku kadencji, to… Gdzie jest dziś prezydent-wulkan, syn emigranta, zaprzyjaźniony z francuskimi miliarderami, rzucający sto pomysłów na miesiąc, rozwodzący się w toku kadencji i żeniący ponownie z kobietą z okładek? Pod koniec lipca br. uprawiający jogging prezydent stracił nagle przytomność i został odwieziony do szpitala. Nic poważnego nie stwierdzono, jednak nasiliła się plotka, iż pod wpływem incydentu Carla Bruni, kobieta piękna i wykształcona, jeszcze nasiliła przebudowę wizerunku – i samej postaci – męża. Kondycja, proszę bardzo, ale przechodzimy „od bronzé do Felliniego” (bronzé to w żargonie ktoś w złym guście, opalony jak kiedyś nasz Lepper). Prezydent, który podobno przedtem nie widział ani jednego filmu Felliniego, zaczął zaskakiwać swych przyjaciół rozmowami o filmach Viscontiego i czytać noblistę Le Clézio. We Francji ma to znaczenie, gdyż klasa polityczna jest nośnikiem kultury wysokiej.

Z tej zmiany zainteresowań satyrycy zakpili niemiłosiernie. Na rysunku w tygodniku „Canard Enchainé” (Zakuty Kaczor) Carla pyta męża: – Przeczytałeś już? – Udało mi się dobrnąć do końca tytułu – odpowiada prezydent. A tytuł to: „W poszukiwaniu straconego czasu”. Kpina celna dlatego, że przez długi czas prezydent nie cieszył się sympatią w świecie kultury, gdyż nieopatrznie pozwolił sobie na wyśmiewanie wykształciuchów. Mianowicie kiedyś w szkole, przed uczniami, drwił z egzaminów na staże do służby cywilnej. Jaki sadysta czy imbecyl włożył tam pytania o „Księżną de Clčves”! – oburzał się prezydent. Rzecz w tym, że chodzi o arcydzieło literatury, tyle że z XVII w. (Żuławski nakręcił film na jego podstawie), i intelektualiści pisali listy piętnujące takie standardy prezydenta – w obronie klasycznego wykształcenia. Do czego on się miesza! Nasza przeszłość literacka, tradycja, kanon i tak dalej.

Rzeczywiście, na początku kadencji prezydent trochę się miotał. Po pierwsze, propaganda wyborcza raczej przedstawiała go jako młodzieżowego bronzé niż konesera XVII-wiecznych księżnych. Jako kandydat prezentował pomysł zredukowania rangi ministerstwa kultury do jednego z działów ministerstwa edukacji narodowej. Słowem nie widział potrzeby kultury jako samodzielnej dziedziny życia państwa. A owa dziedzina we Francji to potęga: nie tylko pałace w Wersalu, światowej rangi muzea, festiwal w Cannes, ale i dyrekcje regionalne – w każdym regionie kraju. Kultury we Francji nie można traktować jako koszt, gdyż wiadomo, że chodzi o element uznania międzynarodowego kraju.

Francja jest pierwszym kierunkiem turystycznym na świecie, najczęściej odwiedzanym przez cudzoziemców krajem. Ale czy to miejsce docelowe, czy tylko kraj tranzytu na plaże hiszpańskie albo włoskie? Jeśli docelowe, to dziedzictwu narodowemu należą się szczególne względy, by pozycję pierwszeństwa utrzymać. Paryż, głosi tzw. francuski wyjątek, szczególne miejsce wytworów kultury w światowych negocjacjach handlowych, to cała opowieść, trochę jak z bajki Jacka Żakowskiego z Kongresu Kultury (POLITYKA 39). Od czasu „Księżnej de Clčves” prezydent przeszedł jednak metamorfozę.

Z pewnością pani Bruni otworzyła Sarkozy’emu świat kultury i swoje znajomości; jej wpływ polityczny nie ulega kwestii. Ale efekt Bruni to sprawa drugorzędna. – Moim zdaniem, prezydent odkrył rolę kultury dla sprawowania władzy – mówi Marc Nouschi, intelektualista, który do niedawna kierował Instytutem Francuskim w Warszawie. Nie było to łatwe dla człowieka, który nie chodził do teatru ani na koncerty i nie należał do świata książek, jak na przykład François Mitterrand. Można powiedzieć, że nie ma narodu francuskiego bez wspólnej kultury. Ze względu na wielki w tej kwestii we Francji snobizm, sam język kultury, skojarzenia i symbole to także sposób politycznego przekazu do opinii publicznej.

Majstersztykiem na tym polu było powołanie Frederika Mitterranda na ministra kultury. Minister, bratanek dawnego prezydenta – ikony socjalistó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]