POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 64

Kultura / Kawiarnia Literacka

Michał Witkowski

Świat Nienackiego i jego gospodarz

Zdzisław Pietrasik: - Pojawiają się ostatnio pogłoski o pana przejściu do Ministerstwa Obrony Narodowej.

Bogdan Zdrojewski: - Naprawdę?

To może pan w końcu zdementuje te plotki?

Bardzo proszę. Dementuję.

Czyli możemy spokojnie porozmawiać o kulturze.

Kiedy premier powierzył mi to stanowisko - mimo że wcześniej byłem szefem komisji obrony, a w rządzie cieni piastowałem funkcję ministra obrony - powiedziałem, że zostaję ministrem obrony kultury narodowej.

Ładnie brzmi. Idąc do pana zauważyłem na sąsiedniej kamienicy nowy szyld „Departament mecenatu państwa”. To skład amunicji?

Szyld jest względnie nowy, wisi tam od roku. Obejmując stanowisko wiedziałem, że zmiany muszę zacząć od samego ministerstwa, tak, by przekształcić je z nieprzyjaznego i anachronicznego w nowocześnie zarządzany urząd, będący jednocześnie instytucją kultury. Stąd ogromny nacisk na informatyzację urzędu, wygląd i użyteczność strony internetowej, przyjazny i klarowny podział kompetencji wśród nowych departamentów, a także reformę Programów Ministra, w ramach których rokrocznie rozdzielane są dotacje.

Wiem, że pan minister chętnie jeździ po Polsce i interweniuje, wspiera, dopłaca. To jest ciągle taka logika, że centrum da.

O tym właśnie mówił prof. Hausner w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, którego propozycje potem w polemikach mylnie interpretowano. On powiedział przede wszystkim, że mecenat państwa musi być bardziej skoncentrowany. Nie powiedział, że ograniczony, tylko nie tak rozproszony jak dzisiaj. Mimo że minęło już 20 lat powrotu do Polski gospodarki rynkowej, wciąż trzeba przypominać, że to samorządy są odpowiedzialne za wielkie obszary kultury. Ministerstwo nie może odpowiadać za wszystko, bo jego odpowiedzialność się rozmywa i staje się nieskuteczne.

I żeby to powiedzieć, zwołaliście państwo na drugą połowę września do Krakowa Kongres Kultury Polskiej. Przecież poprzedni w ogóle się nie udał, i wydawało się już, że to pomysł sztuczny.

Każdy Kongres Kultury ma sens, jeżeli trafia w swój czas.

Ostatni z 2000 r. też?

Ten ostatni zwołano przede wszystkim po to, by symbolicznie dokończyć kongres przerwany w dniu wprowadzenia stanu wojennego. Ta kontynuacja nie była możliwa, bo w 1981 r. artyści upominali się przede wszystkim o wolność, domagali się ograniczenia cenzury. Tymczasem dwadzieścia parę lat później te hasła straciły znaczenie. Szczęśliwie zniknął przeciwnik.

Więc wrześniowy Kongres będzie całkowicie niepolityczny?

Będzie pragmatyczny. Zresztą ministerstwo wcale nie będzie tam najważniejsze. Wprawdzie zamawiamy ekspertyzy i raporty, które zostaną zaprezentowane w Krakowie, ale jest to głównie spotkanie ludzi kultury. Już blisko 4 tys. osób zgłosiło chęć uczestniczenia, niestety sala Collegium Maximum może pomieścić ich tylko 1,1 tys. W Internecie zanotowaliśmy półtora miliona zapytań o Kongres.

Czy nasza kultura odczuwa skutki kryzysu?

O co pan pyta? O kryzys w kulturze czy kulturę w kryzysie? Pierwsze jest wynikiem wieloletnich zaniedbań, drugie wiąże się z sytuacją ekonomiczną państwa. Jeżeli o to drugie, to nie jest źle. Musimy też pamiętać, że w ciągu ostatnich 3 lat ze środków unijnych wpłynęło blisko 5 mld zł. Niemniej wydawać trzeba rozsądnie, zwłaszcza planując nowe inwestycje, które powstaną z tych środków.

Kiedy zostałem ministrem, szybko stwierdziłem, że inwestycje trwają niezwykle długo, są zbyt często przerywane, prowadzone w sposób chaotyczny, a ponadto w wielu wypadkach w ogóle nie mają sensu z punktu widzenia interesów polskiej kultury. Jeśli dodalibyśmy do tego nadzwyczajnie wysokie koszty ich utrzymania po realizacji, to obraz ten niestety nie byłby optymistyczny.

O tym też chcę porozmawiać z ludźmi kultury w Krakowie.

Trzydzieści raportów to nie za dużo?

Nie. Po raz pierwszy w historii polskiej kultury przygotowano tak rzetelną i szeroką diagnozę.

Moje wrażenia z lektury wybranych opracowań nie są najlepsze. Zacne nazwiska autorów, a wnioski banalne. Czy przed Kongresem będzie jeszcze jakaś ocena tych prac?

Nie. To kongres jest po to, by je zweryfikować. Wszystkie raporty zawierają propozycje zmian. Ich kształt i głębokość zostaną opisane w dokumencie pokongresowym.

Ile będzie stron, dwa tysiące, trzy? Kto to przeczyta?

Proszę się nie obawiać, to będzie zwięzły dokument. Gdybym miał mówić obrazowo, powiedziałbym o kole podzielonym na trzy części.

Prawdopodobnie nie będą równe. Pierwsza część to diagnoza, jaki jest stan polskiej kultury. W drugiej części trzeba wskazać wszystko to, co należy chronić. Segment trzeci - to niezbędne zmiany, które trzeba będzie przeprowadzić spokojnie, ewolucyjnie. Kultura nie znosi rewolucji. Od rewolucji w kulturze są artyści, nie urzę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Michał Witkowski (ur. 1975 r.). Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001 r.), następnie wydał powieść „Lubiewo” (2005 r.), kolejny zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006 r.) i powieść „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007 r.), za którą otrzymał Paszport „Polityki”.