POLITYKA

Czwartek, 23 marca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Lena Kolarska-Bobińska

Lena Kolarska-Bobińska

Szewc Rozpędek

PiS przymierza się do kolejnej wojny – tym razem o samorządy. Wyniki przyszłorocznych wyborów samorządowych są kluczowe dla przyszłości nie tylko wielu miejscowości, ale i Polski. Będą bowiem miały wpływ na zwycięstwo – lub porażkę – PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich.

Po Trybunale Konstytucyjnym, prokuraturze, mediach publicznych i sądach zabrano się za podporządkowywanie samorządów, zaczynając od Warszawy. Zastosowano tę samą metodę co w przypadku ustaw zmieniających Trybunał Konstytucyjny. Ustawa mająca połączyć w jeden organizm stolicę oraz gminy ją okalające dotarła do Sejmu błyskawicznie i tak też została zaopiniowana. Pełna błędów merytorycznych, niedopracowana, miała zostać przepchnięta przez Sejm po cichu i na siłę, wbrew protestom opozycji. Jednak PiS nie wziął pod uwagę specyfiki samorządów. O ile bowiem Trybunał Konstytucyjny czy prokuratura to dla wielu osób odległa abstrakcja, o tyle samorządy już nie.

Polacy czują się związani ze swoją miejscowością. Identyfikują się z nią w pierwszej kolejności – dopiero w drugiej z Polską, z krajem (dane CBOS). Dobrze ocenia władze swojego miasta/gminy 73 proc. badanych. Dla porównania: rząd dobrze ocenia 50, a Sejm 27 proc. respondentów. Mieszkańcy są też przekonani, że samorząd nakręca rozwój ich miejscowości, dba o nie, jest blisko nich oraz ich potrzeb jak mało która instytucja. Samorządy to jeden z niewątpliwych sukcesów polskich przemian.

Jednak logika ich funkcjonowania jest sprzeczna z filozofią PiS. Samorządy to oddanie władzy ludziom i ich przedstawicielom, czyli decentralizacja władzy i decyzji. To budżety partycypacyjne, gdzie o części wydatków decydują sami mieszkańcy. Zmiany, które dokonuje PiS w kraju, opierają się na odwrotnym mechanizmie centralizacji. Chodzi o odebranie władzy różnym szczeblom, tak aby decyzje podejmowała centrala partii i ministrowie. Najlepszym przykładem tego podejścia jest właśnie pomysł włączenia wytypowanych – a więc wskazanych palcem – gmin do Warszawy.

Pojawienie się firmowanej przez posła Jacka Sasina ustawy warszawskiej przypomniało mi bajkę z dzieciństwa o szewcu Rozpędku. Cokolwiek on robił, tak się rozpędzał, że źle się to kończyło. Jak się rozpędził, przybijając gwoździe w bucie, cały obcas rozpadał się i zamiast zarobić, musiał ludziom oddawać pieniądze. Ustawa pojawiła się nagle, była niekonsultowana i wywołała wzburzenie. Przyniosła PiS wiele szkód wizerunkowych. A to tylko początek zamieszania.

Zgodnie z pomysłem do Warszawy miałyby dołączyć 33 sąsiadujące gminy, aby stworzyć jeden, nowy organizm – metropolię. PiS liczył tu na korzyści polityczne, na wygraną w Warszawie w przyszłych wyborach samorządowych. Wszak mieszkańcy gmin okalających stolicę głosują w dużej mierze właśnie na partię Kaczyńskiego. Zakładano więc, że po przeforsowaniu ustawy metropolitalnej poprą kandydata PiS.

Nie wzięto jednak pod uwagę zakorzenienia samorządów w życiu lokalnym miasteczek. Osadzenia ich, zwłaszcza w małych miejscowościach, w lokalnych interesach i preferencjach ludzi. To przecież radni podejmują decyzje dotyczące dróg, szkół, żłobków i chodników. Wiele osób, w tym zwolenników PiS, po prostu nie chce wtopienia ich miejscowości w jeden wielki warszawski organizm. Chcą załatwiać sprawy tam, gdzie dotąd załatwiali, a nie w dalekiej Warszawie. I wywierać wpływ na swoich radnych, do których zawsze można jakoś dotrzeć, bo ktoś zna żonę, brata, kuzyna. W małych miejscowościach ludzie mają ze sobą lepszy kontakt, wiedzą, na kogo i dlaczego warto głosować. Samorząd to przede wszystkim gospodarz, a nie odległa władza w województwie czy w Warszawie.

PiS myślał, że ustawę warszawską uda się przepchnąć podobnie jak inne ustawy zmieniające ustrój – większością w Sejmie. Jednak opór samorządowców spowodował, że obóz władzy przegrał pierwszą rundę tej walki. Ustawę wycofano również pod wpływem nacisków opinii publicznej i działań opozycji. PO przeforsowała referendum, w którym mieszkańcy mają zabrać głos w sprawie powstania dużego nowego organizmu. Okazało się, że silny opór społeczny wobec niektórych pomysłów PiS skutkuje. Dotychczas pod wpływem masowych protestów PiS wycofał się z procedowania ustawy zakazującej aborcji. Teraz zadziałało zaniepokojenie samorządowców.

PiS ogłosił, że poprawia ustawę warszawską i zaczyna konsultować pomysł dużej Warszawy, ale mleko już się rozlało. Wielu mieszkańców i samorządowców Warszawy, Legionowa czy Ząbek sprzeciwia się odgórnym próbom centralizacji i włączania ich miejscowości do innych. Wielu wyborców PiS i samorządowców jest temu przeciwnych. A przedstawiciele opozycji dobrze wykorzystali sytuację i nabrali wiatru w żagle. W kilku miejscowościach, w tym w Warszawie, odbędą się referenda, które prawdopodobnie skończą się porażką koncepcji PiS. Towarzysząca referendom kampania też nie będzie korzystna dla obecnej władzy. To będą co prawda referenda lokalne, ale kampania i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]