POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 34-36

Rynek

Adam Grzeszak

Szklane atomy

Rząd Beaty Szydło bez wahania realizuje politykę prezesa i partii. I tylko w jednej sprawie nie kryje rozterek: budować elektrownię atomową czy nie?

Nie ma tygodnia, by opinia publiczna nie została zelektryzowana jakąś atomową sensacją. Ostatnia: elektrownię jądrową zbudują nam Chińczycy. I to nie jedną, ale dwie, i to giganty. W sumie dorobimy się ok. 10 tys. MW jądrowej mocy, choć jeszcze niedawno mowa była o 1,5 tys. MW. Mało tego. W promocji dostaniemy jeszcze fabrykę samochodów elektrycznych, drukarki 3D do drukowania... budynków, a także technologię zgazowania węgla. Będzie to offset, czyli chińskie inwestycje w zamian za zakup ich atomowych elektrowni. Wszystko to brzmi nieprawdopodobnie, choć „Dziennik Gazeta Prawna”, który jako pierwszy o tym poinformował, zaklina się, że wiadomości ma z pewnych źródeł zbliżonych do rządu.

Wielu ekspertów puka się w czoło. Polska miałaby wydać 250 mld zł na chiński atom? A skąd weźmie tak gigantyczną kwotę? Fabryka samochodów w zamian za elektrownię, to też egzotyczny pomysł. Firmy budujące siłownie jądrowe mają zwykle ofertę dodatkową, ale jest w niej zaopatrzenie w paliwo, zagospodarowanie odpadów, czasem pozyskanie kapitału, ale nie jest to offset, jak np. przy zakupie myśliwców F-16.

Chińczycy trzymają się mocno

Panuje jednak przekonanie, że w przypadku Chińczyków wszystko jest możliwe. Na wszystko ich stać, wszystko potrafią. Jeśli zechcą, zapewnią nam energię z atomu. I to mimo że nikt w Europie nie ma doświadczeń z chińską technologią jądrową.

O elektrowni atomowej rozmawiał z Chińczykami prezydent Duda już w 2015 r., a w maju jego śladem podążała premier Szydło. Po niej ruszył wiceminister energii Andrzej Piotrowski. Zwiedził chińskie atomówki, rozmawiał z szefem koncernu China General Nuclear Power Corporation (CGN), a wyjeżdżając, podpisał międzyrządowe porozumienie. Chińczycy ponoć bardzo poważnie traktują nasze plany.

Minister Piotrowski nieco wcześniej był też w Korei, by obejrzeć tamtejsze elektrownie. Może więc to koncern KEPCO wybuduje nam elektrownię atomową? Nie próżnują też Japończycy. Trwają przygotowania do polskiej wizyty rządowej w Japonii. Atom ma być jednym z tematów rozmów.

Niewiele mówi się o perspektywach Francuzów, uchodzących jeszcze niedawno za faworytów. Prezydent Macron ominął nasz kraj, tracąc szanse na rozmowy o atomie. Nasze stosunki nie wyglądają najlepiej także w dziedzinie energetyki. Państwowy koncern energetyczny EdF sprzedał właśnie swoje polskie aktywa i wycofuje się, zaś związana z nim Areva, specjalizująca się w budowie siłowni jądrowych, i tak ma wystarczająco dużo kłopotów.

Cała nadzieja w USA. Podczas niedawnej wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Polsce rozmawiano nie tylko o imporcie gazu LNG, ale także o atomie. Pojawiły się informacje, że uzgodniono budowę elektrowni atomowej. Z informacji, do których dotarliśmy, wynika jednak, że ograniczono się do ogólnych deklaracji o potrzebie transatlantyckiej atomowej współpracy. Nie było mowy o konkretnych projektach i firmach.

Opcja futurystyczna

Prezes Kaczyński stawia jednak na opcję amerykańską. W niedawnym wywiadzie dla portalu niezależna.pl stwierdził, że powinniśmy wybrać amerykańskie minielektrownie jądrowe i energetykę termojądrową. Czyli dwa rozwiązania, których praktycznie nie ma. Mówi się wiele o nich, bo są na etapie eksperymentów. – To efekt wpływu Radosława Fogiela, asystenta prezesa. Jest entuzjastą nowinek technologicznych, zwłaszcza w dziedzinie energetyki. Ten młody człowiek fascynuje się między innymi perspektywami fuzji termojądrowej i możliwościami morskich farm wiatrowych wykorzystujących pływające wiatraki – zdradza jeden z pracowników centrali PiS.

Stawianie na futurystyczne rozwiązania ma tę zaletę, że atom można odsuwać na nieokreśloną przyszłość, oficjalnie z niego nie rezygnując. Przypomina to niedawny pomysł zakupu rakiet Patriot w tak zaawansowanej wersji, że też nieistniejącej.

To dobrze oddaje stosunek PiS do energetyki jądrowej: jesteśmy za, a nawet przeciw. Bo elektrownia atomowa to z jednej strony prestiż: wchodzimy do klubu atomowego, w którym wszyscy nasi sąsiedzi są od dawna (w promieniu 300 km od Polski działają 22 reaktory, a 6 kolejnych jest w budowie). Z drugiej jednak strony to spory wydatek i ryzyko narażenia się na niezadowolenie społeczne. I nie chodzi o ekologów czy lokalne społeczności, ale o górników. Bo budowa elektrowni jądrowej wydrenuje do końca pustoszejące kasy koncernów energetycznych, których głównym zadaniem jest dziś utrzymywanie polskich kopalń. Elektrownia jądrowa kosztuje o wiele więcej niż węglowa – za 1000 MW z atomu trzeba dziś zapłacić ok. 25 mld zł, a oddany właśnie węglowy blok w Kozienicach (1075 MW) kosztował nieco ponad 5 mld zł. Na dodatek atom ograniczy popyt na węgiel.

Politycy PiS nie kryją ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]