POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 9 (3100) z dnia 2017-03-01; s. 98

Passent

Daniel Passent

Szkoda milionów

Każdy by chciał, żeby o Polsce myślano i mówiono dobrze. Oczywiście poza garstką zaprzańców, rozmaitych Applebaumów, Grossów i Sikorskich, odstawionych od koryta, którzy zohydzają nasz kraj w rozmowach z zagranicznymi dziennikarzami i politykami, płodzą antypolskie paszkwile i elaboraty. No i poza płatnymi zdrajcami, donoszącymi na Polskę, za co otrzymują srebrniki od Sorosa i od określonych kół.

Wypili morze wódki z korowcami i teraz im odpłacają paszkwilami na Polskę, które następnie media głównego ścieku skwapliwie cytują. Piszą na przykład, że komunę obaliła Solidarność, a nie bezpieka, że Polska kwitnie, a nie że jest w ruinie, że Polak jest dobrym przewodniczącym Rady Europejskiej, a nie chłopcem Merkel na posyłki. Czytając te brednie, niejeden puka się w czoło i nie może nadążyć. „Polska jest w ruinie i na kolanach” – mówili do niedawna politycy PiS, na czele z dzisiejszym prezydentem. Ale pewnego dnia roku pamiętnego, jak za dotknięciem suwerena, polska ruina rozkwitła i teraz jesteśmy liderem od morza do morza.

Niestety, co pewien czas wtrąca się w nasze sprawy jakiś kauzyperda z Wenecji czy agresywny „pracownik mediów” w rodzaju Tima Sebastiana (niby Anglik, a z Deutsche Welle, były korespondent w Polsce). Kręci się i węszy taki koło Trybunału Konstytucyjnego, rozmawia nie tylko z posłem Piotrowiczem, ale z rozmaitymi frustratami w rodzaju Zolla czy Safjana, po czym ośmiela się sugerować, że polska praworządność jest zgwałcona.

Przypadek Tima Sebastiana obnaża prostackie metody naszych przeciwników. Bierze się celebrytę, autora kilkunastu byle jakich książek, w tym książek o Polsce, jakiegoś Daviesa czy innego Sebastiana, laureata licznych nagród od znajomych, w tym brytyjskiej Akademii Telewizyjnej oraz królewskiej nagrody dla najlepszego wywiadowcy medialnego. Dobrze jeżeli taki celebryta spędził w Polsce kilka lat (1979–82), najlepiej w stanie wojennym, dzięki temu poznał warszawkę, w tym członków pseudoopozycji, pozornie nękanej przez reżim, żeby mogła pokazywać rany po kajdankach. (Na przykład teraz wiceprezydent USA Mike Pence wymienił Wałęsę jednym tchem z Reaganem i Havlem jako pogromców komuny – ręce opadają…). Następnie lokuje się go w antypolskiej telewizji niemieckiej ZDF, z zadaniem stawiania niewygodnych, agresywnych pytań naszemu wicepremierowi.

Anglo-niemiecki dziennikarz wywęszył, że wicepremier Morawiecki jest synem polityka, weterana opozycji, który dla niepoznaki nosi to samo nazwisko. Nakręcony tym wszystkim żurnalista zadawał na antenie napastliwe pytania, np. czy wicepremier zgadza się z opinią swojego ojca, że prawo nie jest najważniejsze, bo ponad prawem jest dobro narodu? Ku zaskoczeniu Tima Sebastiana, polski wicepremier wcale nie wypierał się tatusia, tylko dodał jeszcze, że w Trzeciej Rzeszy zło było zgodne z prawem. Na to bezczelny dziennikarz ośmielił się „przypomnieć”, że Polska to nie są hitlerowskie Niemcy, insynuując tym samym, że wicepremier nie wie, w jakim kraju rządzi.

Aby zapobiec podobnym incydentom, które nie sprzyjają dobrej opinii o Polsce, rząd Beaty Szydło, w osobie ministra skarbu Dawida Jackiewicza, przeznaczył sto milionów złotych rocznie na promocję Polski. Jak widać, Polska ma miliony do rozdania. Wkrótce po tym Jackiewicz wyleciał z rządu, niestety, nie zabrał ze sobą swojej kosztownej inicjatywy. Powstał Międzyresortowy Zespół do spraw Promocji Polski pod przewodnictwem Adama Lipińskiego, zaufanego prezesa, a także Polska Fundacja Narodowa, na czele której stanął narodowy radny PiS Cezary Jurkiewicz, miłośnik prezesa i „Gazety Polskiej”, ojciec ośmiorga dzieci, zbliżony do Domu Pielgrzyma Amicus.

W odróżnieniu od komisji smoleńskiej, której członkowie już ponad rok biorą forsę i nie wydali z siebie żadnego odkrycia, wyżej wymieniony zespół opracował „Ujednolicone zasady komunikacji marki Polska” (16 stron plus załączniki – całość na stronach OKO.press). Dowiadujemy się m.in., że „marka kraju to przede wszystkim ludzie”, w tym obywatele i Polonia, ambasadorowie marki – znani i cenieni obcokrajowcy pochodzenia polskiego, autorytety międzynarodowe, nasi przyjaciele niemający polskich korzeni, zagraniczni studenci i absolwenci polskich uczelni. Marka – czytamy dalej – powinna być „współczesna, ale nawiązująca do dziedzictwa”, innowacyjna, inspirująca, otwarta itp. Od „a” (autentyczna) do „ż” (żywa).

Dokument nie zawiera instrukcji, jak niszczyć dobrą markę kraju i wywoływać złe uczucia, bo to umiemy (patrz kłótnia Waszczykowski – Timmermans w Monachium), lecz przeciwnie – każe budzić dobre emocje i zawiera szereg rewelacji: język powinien być dopasowany do odbiorcy, przekaz jednoznaczny („unikać możliwości jego interpretacji”!) i inspirujący („pierwsza w Europie nowoczesna konstytucja”). Stosujemy „miękkie techniki komunikacji” – przekazanie wraz z krótkim listem objaśniającym rogali świętomarcińskich wybranym redakcjom z okazji 11 listopada, chrust/faworki w tłusty czwartek. W przypadku niekorzystnych relacji na temat naszego kraju „jako pierwszy krok kontaktujemy się z dziennikarzem telefonicznie – zamiast ostro ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]