POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 45 (2477) z dnia 2004-11-06; s. 68-70

Kultura / Moda na judaica

Dorota Szwarcman

Szmonces na dachu

Nigdy dotąd nie było w Polsce tak wielu imprez o tematyce żydowskiej. Kłopot w tym, że kulturę żydowską łatwo sprowadza się do paru stereotypów. Często niestety kiczowatych.

Właśnie ogłoszono wyniki drugiej tury badań nad antysemityzmem, prowadzonych pod kierunkiem prof. Ireneusza Krzemińskiego (pierwsze przeprowadzono w 1992 r.). Okazuje się, że w ciągu dziesięciu lat antysemitów w Polsce znacznie przybyło, co można powiązać z ujawnieniem sprawy Jedwabnego. Jednocześnie jednak znacząco wzrosła liczba postaw anty-antysemickich.

Ta polaryzacja jest już widoczna. Antyżydowskie wypowiedzi i publikacje są nadal stałym elementem polskiego życia, ale jednocześnie w ciągu ostatnich paru lat nastąpił istny wysyp imprez o tematyce żydowskiej. Mamy już nie tylko zasłużony festiwal krakowski (czternaście edycji) i warszawskie Dni Książki Żydowskiej organizowane przez pismo „Midrasz”, ale i całkiem nową Warszawę Singera (w tym roku po raz pierwszy), Simchę we Wrocławiu, Kwitelech w Leżajsku czy Dni Kultury Żydowskiej w Będzinie, Toruniu, Słupsku, Rzeszowie, Tarnowie, Gdańsku, Sopocie. Nie mówiąc o łódzkim Festiwalu Czterech Kultur (żydowskiej, niemieckiej, rosyjskiej i polskiej) czy włodawskim Festiwalu Trzech Kultur (tu z klucza religijnego: prawosławnej, żydowskiej i katolickiej). Łódź przeżyła jeszcze tego lata obchody 60 rocznicy likwidacji getta Litzmannstadt, rozmachem dorównujące niemal tegorocznym obchodom rocznicy Powstania Warszawskiego. Tysiące ludzi tańczyło w tym roku, jak i w poprzednich, na koncercie Szalom na Szerokiej w Krakowie. Ale także tysiące łodzian towarzyszyło marszowi ocalonych z getta trasą z cmentarza żydowskiego do stacji Radegast, skąd 60 lat temu odszedł ostatni transport.

Obok masowych imprez pojawia się też wiele działań bardziej kameralnych, za to długofalowych, przybliżających mieszkańcom małych ojczyzn żydowską część przeszłości tych miejsc – jak Lublina (Ośrodek Brama Grodzka) czy Sejn (Pogranicze), ale również Łodzi (pismo „Tygiel Kultury”) czy Olsztyna (pismo „Borussia”). Coraz obszerniejsza staje się też literatura przedmiotu.

Zapełnianie pustki

To musiało przyjść. Przez wiele lat zniknięcie całego narodu z ziem, na których przez wieki stanowił istotny procent ludności, było raną ledwo zabliźnioną. Po wojnie o tych, co zginęli, zapomniano zbyt łatwo. Ci zaś, co przeżyli, wyjechali lub starali się ukryć w tłumie, jakby okupacja trwała nadal (i w pewnym sensie przecież trwała). Większość tych niedobitków została po marcu 1968 r. zmuszona do opuszczenia kraju, gdy władze sprytnie spacyfikowały bunt inteligencji poprzez ożywienie upiora antysemityzmu. Temat żydowski stał się tematem tabu.

W III RP, gdy społeczeństwo wyszło ze swoistej hibernacji, w jakiej żyło w czasach PRL, wszystkie międzywojenne upiory same się przebudziły w sposób naturalny; dołączyły się też resentymenty powstałe już po wojnie: obawy, że „wrócą i nas wykupią”. Ale jednocześnie zaczęły dorastać pokolenia, które poszukując korzeni zapragnęły po prostu czegoś się dowiedzieć o dawnych sąsiadach. Bo tak naprawdę nie wiedziały o nich nic.

Joanna Szczęsna, urodzona i wychowana na łódzkich Bałutach, wyznaje w swym eseju o łódzkim getcie („Gazeta Świąteczna” z 28.08.2004 r.): „Dopiero po przeczytaniu w końcu lat 60. »Kupca łódzkiego« [Adolfa] Rudnickiego uświadomiłam sobie, że mieszkam na gigantycznym cmentarzysku po zaginionej społeczności łódzkich Żydów”. Anna Ordyczyńska, krajanka słynnego cadyka Elimelecha z Leżajska, przez ćwierć wieku nie miała pojęcia o roli społeczności żydowskiej w miasteczku, gdzie przed wojną na ok. 5 tys. mieszkańców było 3 tys. Żydów, 1,5 tys. Polaków i 500 Ukraińców. Na swojej stronie internetowej poświęconej leżajskim Żydom pisze, że istotnym źródłem informacji stała się dla niej teściowa, która wychowała się z dziećmi żydowskimi na jednym podwórku: „Jedynie ona i jej brat Marian umieli w mieście porozumieć się w jidysz”.

Tak było i w dużych ośrodkach. Marcin Skrzypek z lubelskiej Bramy Grodzkiej mówi: – W połowie XIX w. w Lublinie 50 proc. mieszkańców to byli Żydzi. Lublin polski i żydowski żyły w pełnej izolacji od siebie i nigdy się nie spotkały. Teraz nie zostało nic. Chaos i pustka na planie miasta mówią same za siebie. Metodą na dotykanie tej pustki jest mówienie o tym, co było.

Arnold Mostowicz wspominając przedwojenną Łódź, gdzie również społeczności żydowska, niemiecka i polska żyły razem, ale osobno, dodał: „Najbardziej żywe kontakty były na poziomie dzieci i na poziomie elit”. Dzieci i młodzież pozbawiona uprzedzeń, elity pozbawione kompleksów – taki też dziś jest przekrój społeczny tych, którzy interesują się kulturą żydowską. I być może dopiero teraz, kiedy Żydów na polskich ziemiach zabrakło, Polacy będą wiedzieć o nich więcej niż kiedykolwiek.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]