POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 44 (2729) z dnia 2009-10-31; s. 78-81

Nauka / Szkoły wyższe tego & owego

Andrzej Wróblewski

Szuflada na elitę

W cyklu o stanie szkolnictwa wyższego rozmowa z prof. SGGW Krzysztofem Dołowym i kolejne polemiki.

Andrzej Wróblewski: – Proszę wyjaśnić, w jakim świecie żyjemy? Nie chodzi, rzecz jasna, o teorie Wszechświata, ale o stan polskiej edukacji i nauki. Gdzie jest prawda? Jak oceniać stan rzeczy? Okrzyknięta sukcesem masowość dostępu do szkolnictwa wyższego, a z drugiej strony katastrofalne zaniżenie jego poziomu. Co jest ważniejsze, za jaką cenę i z czyjego punktu widzenia?

Krzysztof Dołowy: – Na każde z tych pytań odpowiedź jest dość skomplikowana. Zacznijmy od masowości. Z pewnego punktu widzenia nie ma w niej nic złego, tak jak nie ma nic złego w kulturze masowej. Można narzekać na jej poziom, ale jednak wszyscy są przekonani, że jakakolwiek by była, to i tak lepiej, niż gdyby jej w ogóle nie było.

Lepiej, żeby młodzi ludzie uczęszczali do byle jakich szkół, niż pili słodkie wino po parkach?

Brzmi to cynicznie, ale tak jest w istocie. Każda edukacja, nawet najmarniejsza, ma duży walor społeczny. Moda na uczenie się jest zdecydowanie bardziej wartościowa niż moda na takie, a nie inne ciuchy. Można powiedzieć, że ta moda na wykształcenie z lat 90., naprawdę bardzo autentyczna w tamtych latach, została zaprzepaszczona, bo w tej chwili jest to run na posiadanie jakiegoś tam dyplomu – dyplomu, który, według przepisów, uprawnia do zajmowania pewnych stanowisk, co, jak większość młodych ludzi dzisiaj się przekonuje, wcale nie jest prawdą. Często się zastanawiałem, dlaczego państwo doprowadziło do takiego oszustwa.

Państwo czy wolny rynek?

Zdecydowanie państwo, bo to ono odpowiada za system edukacji i szkolnictwa wyższego.

Na czym to oszustwo polega?

Najpierw oddajmy honor tym, którzy kiedyś, 20, 30 lat temu, kończyli wyższe uczelnie, za czasów komuny. Z mniejszym lub większym trudem zdobywali dyplomy na ówczesnych uczelniach. Proszę powiedzieć, czy nie czują niesmaku, widząc, jak małym kosztem można dzisiaj zdobyć ten sam tytuł co oni kiedyś – tytuł magistra. W pewnym sensie jest to zdeprecjonowanie ich ówczesnych wysiłków. Większość z 2 mln dzisiejszych studentów nie ma pojęcia, czym są prawdziwe wyższe studia, jakiej pracy i jakiego wysiłku wymagają. I nikt im tego nie wyjaśnia, nikt im w żywe oczy nie powie, że właściwie odbywają kursy, a nie studia.

Zbiorowa fikcja?

Można tak powiedzieć. Fikcja, która deprawuje – nie tylko młodzież, ale też kadrę naukową. Niestety, stan ten dotyczy również uczelni państwowych. Mechanizm wymuszający upadek jakości jest prosty. Państwo płaci za 70 proc. pensji nauczyciela akademickiego. Resztę uczelnie muszą wyciągnąć od studentów płacących za studia. Oblanie płacącego nieuka na egzaminie uderza pośrednio w pensję egzaminującego i pensje jego kolegów i koleżanek, czyli jest nieopłacalne. I student świetnie o tym wie. Wykładowcy (nie wszyscy oczywiście) z kolei udają, że wykładają, bo jak można przygotować się do wykładu autorskiego, kiedy biega się z jednej uczelni na drugą.

Czegoś jednak na tych studia uczą.

To nie podlega dyskusji, tylko że prędzej czy później popadną we frustrację. Dlatego że rozbudzono w nich aspiracje, dlatego że wmówiono im, iż po ukończeniu studiów należeć będą do tej lepszej, więcej wiedzącej połowy społeczeństwa. Będą myśleli, że coś im się za to należy: stanowisko, władza, pieniądze. 100 tys. studentów, którzy co roku kończą zarządzanie, wydaje się, że mogą i powinni czymś zarządzać. Tylko czym? Będą więc niezadowoleni, będą złorzeczyć na oszukańcze państwo. Pójdą w politykę, staną się populistami. Większość dzisiejszych polityków to przecież sfrustrowani inteligenci, którzy nie sprawdzili się w swoich dziedzinach, którzy, tak a nie inaczej wykształceni, nie obejmują żadnej całości. Nie potrafią myśleć abstrakcyjnie, nie przebrnęli nigdy w życiu przez tę granicę, od której zaczyna się głębia i wysiłek myślenia.

Inwazja półinteligentów?

Jeśli spojrzeć na stosunek polskiej polityki do edukacji i nauki, to wnioski są oczywiste. Jak można godzić się na to, że liczba studentów wzrasta w pewnym okresie siedmiokrotnie, a liczba pracowników naukowych w tym samym czasie o 15 proc. i to jeszcze w warunkach, gdy nakłady budżetowe w stosunku do PKB spadają. Przecież nawet ćwierćinteligent będzie wiedział, że to się łączy z obniżeniem poziomu. Pisano już o tym wielokrotnie i jest to tak oczywiste, że aż żenujące. Wyliczanie wad i idiotyzmów stało się już nudne. Wszyscy o tym wiedzą, tylko nie ci, którzy mogą coś zmienić.

Bieżąca polityka nakazuje odkładać w czasie wejście młodych ludzi na rynek pracy. Niech się uczą albo ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. dr hab. Krzysztof Dołowy (ur. 1949 r.) – fizyk, chemik, biolog, kierownik Katedry Fizyki w SGGW. Post-doc w Bostonie, Nashville, Glasgow. Visiting profesor w KONE Corp. w Espoo. Uczestnik wydarzeń marcowych, działacz Solidarności w 1980 r., w kadencji 1993–97 poseł na Sejm z ramienia Unii Wolności. Popularyzator nauki.