POLITYKA

Poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Polityka - nr 35 (3074) z dnia 2016-08-24; s. 12-14

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Szukanie kija

Głośna deklaracja Grzegorza Schetyny, że chce przesunąć Platformę Obywatelską na prawo, rozpoczęła dyskusję, z jakiego kierunku ideowego można najskuteczniej pokonać PiS.

Dzisiaj rzadko używa się w polskiej polityce, także w nazwach partii, tradycyjnych ideologicznych określeń. A jeszcze w latach 90. było zupełnie inaczej: roiło się od chadecji, partii socjalistycznych, stronnictw konserwatywnych, konserwatywno-ludowych, liberalnych, republikańskich. To wszystko zmieniło się po 2000 r., kiedy polityka, także na skutek rozpoczęcia dotowania partii z budżetu państwa, poddała się trendom marketingowym i nabrała cech wodzowskich. Pojawiły się ugrupowania, których nazwy niewiele albo nic już nie mówiły o ideowym kierunku: Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, potem Ruch Palikota, ostatnio Nowoczesna, Partia Razem, Kukiz’15. Mają to być teraz szerokie platformy nastawione głównie na wybory, zgarniające możliwie najwięcej sympatyków. Nawet podział na prawicę i lewicę, jak twierdzi wielu politologów, zaciera się na rzecz innego rozróżnienia: na politykę otwartą i zamkniętą. Ksenofobiczna, populistyczna, wroga wobec zewnętrznego świata może być także lewica, a nowoczesna i progresywna – prawica, na co jest wiele europejskich przykładów. Polityczny konflikt w Polsce też doskonale lokuje się w tym nowym podziale.

Kiedy więc nagle Grzegorz Schetyna powiedział, że Platforma ma być „liberalno-konserwatywna, z chadeckim przekazem”, trochę powiało przeszłością, podobnie jak przed dwoma laty, gdy Donald Tusk, jeszcze jako premier, stwierdził na łamach POLITYKI, że powoli staje się socjaldemokratą. Schetyna swoją deklaracją wyznaczył kierunek, z jakiego jego zdaniem można najskuteczniej i najłatwiej zaatakować partię rządzącą – to nie jest na pewno trop lewicowy. Gdyby Polacy rzeczywiście chcieli zapobiec zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, pragnęli związków partnerskich, refundacji in vitro, zmniejszenia wpływów Kościoła, PiS nie dostałby pełni władzy. Widocznie to nie jest dla ludzi aż tak ważne, a głosy w tej sprawie znanych, głośnych medialnie postaci nie przekładają się na realne poparcie wyborcze. Jeśli lewica chce realizacji swoich postulatów, niech sama stanie się realną, wpływową siłą, a nie oczekuje od innych spełnienia tych oczekiwań – dochodzi z Platformy. Jakby na potwierdzenie Adrian Zandberg, lider Partii Razem, właśnie zarzucił Platformie, że jej radni w kilku miastach zablokowali samorządowe programy refundacji procedury in vitro.

Rozumowanie Schetyny wydaje się następujące: społeczeństwo przesuwa się – zwłaszcza kulturowo – na prawo, zatem polityczne centrum, jeśli chce nim pozostać, także musi się przemieścić. Dlatego Platforma powinna się odsunąć od lewej strony, zwłaszcza od lewicy obyczajowej i kulturowej. Po przesunięciu na prawo opozycja znajdzie się bliżej wyborców PiS, łatwiej więc będzie ich wyłuskiwać. Z pozycji centrolewicowej byłoby to niemożliwe, bo za daleko. W mediach i elitach podział na PiS i anty-PiS jest jednoznaczny, dwubiegunowy, ale w społecznej masie jest wiele stref szarych, z mniejszą emocją, wieloma niekonsekwencjami, i tam zamierza odławiać zwolenników lider PO.

Paradoks, z jakim musi się mierzyć Schetyna, polega na tym, że chociaż, jak pokazują badania CBOS, wśród dzisiejszych zwolenników Platforma ma nieco więcej tych określających się jako lewicowi niż prawicowych, to w całości polskiego elektoratu prawicowcy znacznie przeważają nad lewicą (42 proc. do 17 proc.). Duży zasób jest więc głównie po prawej stronie, nie lewej.

Faktem jest, że wybory parlamentarne PiS wygrał dzięki temu, że do swoich żelaznych ok. 30 proc. dorzucił dzięki socjalnym obietnicom dodatkowe 8 proc. i to mu dało pełnię władzy w kraju. Schetyna najwyraźniej myśli o podebraniu PiS tej nadwyżki, jako wyborców okazyjnych, niezwiązanych z partią Kaczyńskiego trwałymi więziami. Zauważył to z pewnym niepokojem Jarosław Gowin, którego ugrupowaniu Polska Razem jest może najbliżej do tego liberalno-konserwatywnego modelu, i skomentował: „uważam koncepcje Schetyny za poważne wyzwanie dla nas, polityków zjednoczonej prawicy. Powinniśmy zastanowić się, jak przywiązać tych umiarkowanych wyborców na trwałe do nas”. W Platformie słychać, że 500 plus w końcu się opatrzy, stanie czymś, co daje państwo, a nie PiS. I ci okazyjni wyborcy będą znowu do kupienia, tylko trzeba wymyślić równie dobrą obietnicę jak 500 plus.

Problem w tym, że PO nie ma na razie tych żelaznych 30 proc. sympatyków, które miał PiS. Żeby dołożyć, trzeba mieć do czego. Ale tu ma właśnie zadziałać efekt „nowego centrum”. Skoro PiS tak się spodobał, to widocznie oprócz cech odstręczających ma także jakieś przyciągające. Wyraźnie widać, że recepta Schetyny na pokonanie dzisiejszej władzy polega na odcedzeniu tych propozycji PiS, które się podobają – symboliki narodowej, tożsamościowej, pewnej swojskości i przaśności, nacisku na dumę i patriotyzm, bliższe związki z Kościołem, także „terenowym” – od politycznego awanturnictwa, antydemokratycznych i antyeuropejskich ekscesów. Stąd od razu pojawiły się zarzuty, że Schetyna chce pokonać PiS za pomocą „PiS-bis” i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]