POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Taka taktyka

Pytanie, jak w przyszłości rozliczyć PiS, jakie wobec nadużyć tej ekipy zastosować prawo i jaką wymierzyć sprawiedliwość, wydaje się, na ponad dwa lata przed wyborami, czysto teoretyczne i przedwczesne. Ale sens tego pytania mniej dotyczy przyszłości niż teraźniejszości. Rzecz w tym, aby ludzie władzy już dziś zdawali sobie sprawę, że „spisane będą czyny i rozmowy”, że łamiąc prawo, narażą się w przyszłości na odpowiedzialność, nie tylko polityczną i honorową, ale też urzędniczą, być może karną i finansową; w najlepszym dla nich przypadku zapłacą stanowiskami. Ewa Siedlecka (s. 21) zauważa, że w naszej tradycji politycznej nie było obyczaju sądowego ścigania poprzedników, że kampanijne pogróżki na ogół kończyły się niczym. Nawet ewidentne, zdawałoby się, ekscesy pierwszego rządu PiS pozostały bez rozliczenia. Ale teraz może być inaczej, bo PiS nie tylko coraz jawniej przekracza, nagina lub łamie prawo, ale też tworzy w tym celu różne nadzwyczajne procedury, skraca kadencje, odmawia zaprzysiężenia, rozwiązuje instytucje, odbiera wstecz emerytury, powołuje speckomisje, nie publikuje orzeczeń – słowem, szykuje narzędzia, które w przyszłości mogą być łatwo użyte przeciw niemu. Demontując niewygodne dziś dla siebie ograniczniki władzy państwowej, PiS pozbawia także własną ekipę ochrony. Prawdopodobnie zakładając, że „oni” nigdy nie posuną się tak daleko jak my.

Dotychczas to założenie zwykle się sprawdzało. Zasada, że „nie można sięgać po metody i język PiS”, należy do aksjologii polskich demokratów. Ten sam kłopot i to samo skrępowanie mają wszystkie tradycyjne formacje polityczne zachodniego świata, borykające się na swoim terenie z własnymi ugrupowaniami populistów i radykałów. Jak odpowiadać na mowę agresji i bezpodstawnych oskarżeń czy jawnych kłamstw? Czy racjonalność i odpowiedzialność są jeszcze w polityce atutem czy już tylko obciążeniem? Czy i jakimi metodami można ograniczyć negatywne skutki globalizacji i wędrówki ludów? Mówi się, że w tych krajach, gdzie udało się „powstrzymać pochód populizmu”, tak jak ostatnio we Francji, stało się tak dzięki „populizacji” centrum, przechwycenia przez polityków głównego nurtu wielu diagnoz, emocji, wyrażeń, argumentów używanych przez ugrupowania „antysystemowe”. Jak pisze Sławomir Sierakowski (s. 47), na groźny nawrót nacjonalizmów odpowiedzią staje się „populizm oświecony” à la Macron. Faktycznie, nowy prezydent Francji wykazał dużą sprawność, opakowując dość tradycyjny zestaw republikańskich i europejskich wartości w retoryczne sreberka. W Polsce taką próbę „macronizacji” przeprowadziła ostatnio Platforma Obywatelska.

Powiedzmy od razu, że technicznie próba była niezbyt udana. W ogóle nie wiadomo, dlaczego PO zgodziła się nagle odpowiadać na zadane przez PiS pytania o to, czy zamierza utrzymać (gdyby kiedykolwiek wygrała wybory) 500 plus, obniżony wiek emerytalny, zwłaszcza zasadę nieprzyjmowania uchodźców? PO mogła zadać PiS swoje dokuczliwe pytania (np. o MON, referendum edukacyjne, TVP czy sądownictwo) albo chociaż upierać się przy debacie ekspertów. Wyszło głupio, bo Platforma, jakby pod przymusem, potwierdziła, że nie naruszy filarów „populistycznej” polityki PiS. Dostało się za to PO okropnie od antypisowskich demokratów. Właściwie nikt chyba publicznie nie bronił kierownictwa partii. Schetyna i koledzy zostali oskarżeni o tandeciarstwo i hipokryzję, bezsensowne kokietowanie wyborców PiS. Wiadomo, że PO, dokonując aktu częściowej pisyzacji, miała, w intencji, odebrać retoryczną broń używaną do stałego ostrzału własnych pozycji. Ale jednocześnie był to, zgoda, publiczny dowód triumfu taktyki nad strategią. PO pozwoliła się domyślać, co sądzi o polskich wyborcach, a nawet o własnym elektoracie i o samej sobie. Partia nie wierzy w to, że miałaby siłę i energię, aby pójść pod prąd obecnym sondażom i emocjom, narzucić jakieś własne priorytety, przekonania. PO względem PiS cofa się znacznie dalej niż Macron w starciu z Le Pen. Taktycznie przyjęcie postawy defensywnej i liczenie na błędy przeciwnika może być słuszne, może nawet ułatwić najbliższe wyborcze zwycięstwo i rozliczenie PiS. Ale, ku rozczarowaniu zwłaszcza lewicowych środowisk, nie neutralizuje ryzyka recydywy pisopodobnej formacji.

Profesor Wiktor Osiatyński, którego z wielkim poczuciem straty właśnie pożegnaliśmy, w książce wydanej jeszcze w 2004 r., a więc przed pierwszymi rządami PiS i u progu naszego wejścia do Unii („Rzeczpospolita obywateli”), przepowiadał, że ze względu na brak tradycji demokratycznych i zakorzenionej kultury prawnej oraz błędy i zaniechania transformacji, grozi nam „autorytarna demokracja”, przejęcie państwa jako łupu przez „cwaniaków lub psychopatów”, powołujących się na „mandat wyborczy i wolę ludu”. Wiktor uważał, że przed takim scenariuszem możemy obronić się tylko sami jako społeczeństwo, „wspólnota ludzi połączonych wię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]