POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 43 (2728) z dnia 2009-10-24; s. 52-53

Kultura

Joanna Wojdas

Tala o Lolku

Rozmowa z pisarką Natalią Rolleczek o dzieciństwie w zakonnym sierocińcu, przyjemności zmyślania oraz pomyśle na sztukę o papieżu

Joanna Wojdas: – „Drewniany różaniec” po raz pierwszy wyszedł w 1953 r. Za komuny wielokrotnie wznawiano go w wysokich nakładach, trafił do szkół. Teraz książkę wznawia wydawnictwo Ha!art. Wydawca natknął się na nią, robiąc przegląd powstałych za PRL filmów o Kościele. Obejrzał wychwalaną niegdyś, propagandową ekranizację pani książki, autorstwa Petelskich.

Natalia Rolleczek: – Okropny film!

A książka jak się pani podoba z perspektywy czasu?

Napisałam ją dość okrutnie. Może gdybym ją dzisiaj pisała, tobym złagodziła pewne rzeczy. Ale uważałam, że okrucieństwo oddawało to, jakie było życie.

Zakonnice prowadzące sierociniec, do którego pani trafiła, były okrutne?

Nie tyle one, co życie. W końcu doszłam do wniosku, że nie miały z czego dać nam jeść.

Mogły dać trochę ciepła.

Ciepło zanika wskutek strasznych przeciwności życiowych. Te zakonnice nie miały posagów. To zakon świętego Franciszka – warunkiem przyjęcia jest ubóstwo i życie w nim. Miały do wyżywienia jakieś szesnaście dziewcząt. Chodziłyśmy na żebry. Żadna z nich nie była tłusta. Nie było tak, że nas objadały, a sobie dogadzały. Mam wrażenie, że teraz byłabym trochę bardziej wyrozumiała. Z innej strony patrząc, gdybym nie przeżyła pewnego horroru, tobym nie napisała tej książki. Miała sto tysięcy nakładu!

Książkę wykorzystała do walki z Kościołem peerelowska propaganda. Było o pani głośno.

To był szok! Księża nawoływali, żeby tego nie czytać. Dzwoniono do mnie z Warszawy, z Wrocławia: „Słuchaj, coś ty napisała?! W naszym kościele ksiądz doradzał, żeby tego nie czytać, bo to zgorszenie dla duszy chrześcijańskiej! Oszalałaś, dziewczyno!”.

Teraz to pani opowiada z humorem, a wtedy?

Wtedy byłam zażenowana, bo nie miałam zamiaru podkopywać Kościoła katolickiego. Zresztą nie wojuję tam z Bogiem ani z księżmi. Opisuję to, co było. Teraz, dzięki tym wszystkim reformom soborowym, zmienił się styl w zakonach. One rzeczywiście miały ciężkie życie, dzisiaj wcale nie. Bardzo wygodne miejsce. Muszą się bronić rękami i nogami, bo tak walą bezdzietne panie w zaawansowanym wieku. Mogą chodzić do teatru. Do kina to chyba nie, chyba że jest jakiś religijny film, może za pozwoleniem matki przełożonej. Chodzą na spacery, mogą czytać książki, tak zwane laickie, a nie tylko świętego Tomasza z Akwinu, mają inne stroje. A wtedy nawet nie wiem, czy miały pozwolenie na to, żeby się kąpać.

Jak to?

Myć się można, ale nie ogląda się własnej nagości. Nie rozumie pani, jaka to różnica? Może pani nalać do miednicy wody i umyć się po wierzchu, ale rozłożyć się na przykład w wannie, o, to już nie!

Dziewczyny też się tak kąpały, nie oglądając własnych ciał?

Nam było wolno w balii, po dwie, po trzy, ponieważ trzeba było grzać wodę, a to było kosztowne. I w koszulach.

W koszulach...

Można się było pod tą koszulą umyć.

A czy istniała jakaś intymność?

Nie, nie, u nas w ogóle nie było żadnych tak zwanych problemów płciowych, to dzisiejszy wymysł. Byłyśmy bardzo trzeźwe i w ogóle się tym nie zajmowałyśmy.

Jedna z koleżanek najwidoczniej się zajęła, skoro zaszła w ciążę.

To były te straszliwie niebezpieczne wyloty na kwestę. Trwały dwa tygodnie, spało się u górali, wieczorem siedziało się razem przy wieczerzy. Nigdy nie brałam udziału w kweście – bali się mnie puścić, byłam zbyt pyskata. Za dużo bym powiedziała. Ale przecież jak usiądzie przy stole towarzystwo, młodzi chłopcy, młodzi górale...

Chciałam jednak podrążyć temat sióstr, bo pani je teraz po latach trochę usprawiedliwia. W książce opisuje pani nacieranie oczu denaturatem, żeby ominąć sprzątanie zimnego kościoła.

To była głupota. Gdybym pomyślała, że mogę sobie na resztę życia zniszczyć wzrok... Chciałam się zemścić, napędzić strachu zakonnicom. Ta satysfakcja była większa niż strach o samą siebie.

Wyniosła pani coś dobrego z tej szkoły, czy był to tylko czas wyrwany z życia?

Zrozumiałam, co to jest rozpacz: żeby nie wiem, jak źle było, to nie mam wyjścia. Furtka zamknięta. Ciocia prosiła, żeby one mnie tam trzymały przez rok. Potem okazało się, że nie rok, ale dwa. I ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Natalia Rolleczek (1919 r.) – prozatorka, dramatopisarka. Dzieciństwo spędziła w Zakopanem, gdzie w latach 1930–1931 przebywała w sierocińcu prowadzonym przez felicjanki. W czasach wojny członkini AK. Przez wiele dekad związana z Krakowem, mieszkała między innymi w Domu Literatów przy Krupniczej 22. Debiutowała w 1945 r. Oprócz autobiograficznej powieści „Drewniany różaniec” (1953 r.) opublikowała wiele książek dla dzieci i młodzieży, z których najbardziej znana to „Kochana rodzinka i ja” (1961 r.).