POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 32 (2717) z dnia 2009-08-08; s. 66-68

Świat

Marek Ostrowski

Temida polityczna

Amerykańscy sędziowie są polityczni? Tak, niektórzy nawet uważają, że powinni kształtować prawo podług własnych przekonań. Dlatego wybór nowego sędziego Sądu Najwyższego budzi wielkie emocje.

Po raz pierwszy od 15 lat prezydent demokrata mianuje sędziego Sądu Najwyższego USA. Ta dożywotnia nominacja, praktycznie już zatwierdzona przez Senat, elektryzuje świat prawników. Sonia Sotomayor będzie pierwszą latynoską, trzecią kobietą i dwunastą zaledwie katoliczką wśród 110 sędziów Sądu Najwyższego w całej historii Stanów Zjednoczonych. Nominacja do najwyższej instancji sądowniczej USA może mieć większy wpływ na kierunek prawodawstwa niż ustawy uchwalane w Kongresie. Dlatego w Ameryce drobiazgowo bada się nie tylko życiorys i wypowiedzi nominatów, ale także ich voting pattern, sposób myślenia wyłaniający się z wyroków wydawanych w sądach niższych instancji.

W USA opinia publiczna lepiej niż u nas wie, iż law in action, prawo w działaniu, w konkretnych wyrokach, bywa istotniejsze niż law in books, czyli prawo zapisane w ustawach czy podręcznikach uniwersyteckich. Na przykład do dziś pamięta się Sotomayor, że 8 lat temu, na wykładzie na uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii, powiedziała, iż „mądra Latynoska z bogactwem doświadczeń częściej wyciągnie właściwe wnioski niż biały mężczyzna, któremu los oszczędził takich przeżyć”. W tym wyznaniu Sotomayor zwracała uwagę na biedę, której doświadczyła jej portorykańska rodzina na nowojorskim Bronxie. Czy taka postawa nie odbije się na jej wyrokach sądowych? Kilku senatorów przyznało, że jako biali nie byli zachwyceni jej wyznaniem, a były marszałek Izby, znany prawicowy polityk Newt Gingrich powiedział wręcz, że Sotomayor jest rasistką, choć później się z tego wycofał.

Ale i teraz republikanie chcieli wykazać, że Sotomayor zawdzięcza swą nominację bardziej swemu portorykańskiemu pochodzeniu i płci niż kompetencjom prawniczym. Nadarzyła się okazja, bo akurat teraz Sąd Najwyższy zmienił decyzję w sprawie z 2003 r., którą Sotomayor rozpatrywała jako sędzia sądu apelacyjnego. Sprawa ciekawa: rada miejska w New Haven miała nadać wyższe stopnie oficerskie 15 strażakom, którzy najlepiej zdadzą egzaminy pisemne. Na 15 miejsc zdało 15 białych i 8 czarnoskórych, ale ci ostatni dostali mniej punktów. Rada nie odważyła się awansować samych tylko białych i anulowała cały egzamin.

Zirytował się zwłaszcza biały oficer nazwiskiem Frank Ricci, który był dyslektykiem i wydał aż tysiąc dolarów, by się lepiej przygotować do egzaminu. Ricci przegrał w dwóch instancjach, w tym i przed sędzią Sotomayor. Dopiero Sąd Najwyższy (większością 5:4) uznał, że anulowanie egzaminu jedynie ze względu na nierównowagę rasową było sprzeczne z konstytucją. Tylko mniejszość w Sądzie Najwyższym zgodziła się z wcześniejszym wyrokiem Sotomayor, że miasto słusznie obawiało się problemów rasowych i w związku z tym miało prawo unieważnić egzamin.

Amerykański Sąd Najwyższy nie ma swego odpowiednika w Europie. Nie jest to dokładnie ani sąd konstytucyjny, ani najwyższy sąd instancyjny, ani najwyższa izba kontroli, choć łączy w sobie cechy i uprawnienia każdego z tych ciał. Dziewięciu zaledwie kapłanów sprawiedliwości urzęduje w greckiej świątyni z białego marmuru. Celebrują oni najważniejsze momenty życia kraju: prezydent składa przysięgę na Kapitolu, ale na ręce prezesa Sądu Najwyższego. Gdyby Kongres odważył się odsunąć prezydenta od władzy, procesowi przewodniczy nie marszałek izby, ale właśnie główny mag w czarnej todze ze złotym szamerunkiem.

O tych magów w Ameryce od dawna toczy się ostra batalia polityczna. Nie chodzi tylko o to, że demokraci forsują ludzi o poglądach bardziej postępowych, a republikanie zachowawczych. Jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu rozpowszechniono obraźliwy termin „rząd sędziów”, zarzucając Sądowi Najwyższemu, że rzuca prezydentowi Rooseveltowi kłody pod nogi w walce z biedą i bezrobociem i kurczowo się trzyma takiego rozumienia konstytucji, które nie pozwala rządowi federalnemu za bardzo rządzić.

Oskarżenia o uzurpację władzy pojawiają się raz po raz nie tylko w USA. Wybitny prawnik amerykański Robert Bork wydał kilka lat temu książkę pod tytułem „Cnota przymusu: światowe rządy sędziów”, w której ostrzega, że sędziowie w dojrzałych demokracjach urządzają powolny zamach stanu i kraje Zachodu są stopniowo rządzone nie przez prawo czy przedstawicieli pochodzących z wyboru, ale właśnie przez samozwańcze grupy prawników, którzy forsują własne poglądy. Bork wiedział, co pisze – sam był sędzią.

Cóż, trzeba tylko przypomnieć, że w 1987 r. Ronald Reagan mianował go do Sądu Najwyższego. Nie minęło 45 minut od tej nominacji, kiedy senator Ted Kennedy wygłosił na Kapitolu filipikę: Ameryka Borka – grzmiał – to kraj, w którym kobiety ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Wokanda z wyboru

Tylko dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego na 320 mln mieszkańców, w tym dwa miliony prawników? W kraju, który w dodatku cierpi na jurismanię, manię prawniczą, bo nad każdym dorosłym i każdą firmą wisi groźba procesu. „I will sue you”, podam cię do sądu i wyciągnę odszkodowanie, to ulubiona pogróżka każdego pokrzywdzonego, w rzeczywistości czy z urojenia. Amerykański Sąd Najwyższy nie tonie w powodzi procesów, gdyż jest panem swojej woli. Jeszcze w 1925 r., kiedy w sądzie powstały dwuletnie zaległości w rozpoznawanych sprawach, przeprowadzono reformę, która radykalnie ograniczyła liczbę spraw, które do niego trafiają. Inaczej niż w europejskich sądach najwyższej instancji, w Ameryce sędziowie wybierają sobie tylko te sprawy, które sami uznają za najważniejsze. Z co najmniej 7 tys. skarg, jakie do nich trafiają, na wokandę trafia tylko ok. 100 rocznie. Panują więc nad tokiem pracy nie tylko w sensie organizacyjnym, ale w głębszym sensie prawniczym. Poprzez to, co wybierają do rozpoznania, a co pozostawiają bez biegu, kierują rozwojem samego „prawa w działaniu”.