POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 9 (9) z dnia 2016-10-19; Niezbędnik Inteligenta. 2/2016. Magia utopii. W poszukiwaniu utraconej przyszłości; s. 6-10

Prolog

Wojciech Orliński

Test pisarza Lema – on przewidział wszystko

Kto czyta współczesnych futurologów (albo współczesnych autorów science fiction), ciągle rozbija się o to, że Stanisław Lem to wszystko wymyślił pół wieku wcześniej, ale ciekawiej opisał. I to jest ogólny problem kogoś, kto za młodu nasiąknął Lemem.

W przedmowie do trzeciego już wydania książki „Summa Technologiae” w 1974 r. Stanisław Lem (1921–2006) pisał: „Dziesięć lat temu była ta książka fanaberią autora, niemającą stałego obywatelstwa w bibliografiach. Pamiętam, jak księgarze pytali mnie, na jakiej półce właściwie mają ją postawić. Dziś jest atomem futurologicznego morza”. Istotnie, spotkał go pechowy los intelektualisty, który za bardzo wyprzedza swoją epokę. Napisał pierwszą polską książkę futurologiczną, nie wiedząc jeszcze, że ta dziedzina wiedzy tak się będzie kiedyś nazywała. Jego „Summa Technologiae” nie stała się więc, niestety, częścią futurologicznego dyskursu.

Odejdźmy od scholastycznego sporu, czy futurologia naprawdę jest nauką. Przyjmijmy, że tak, i zajmijmy się jej własnym, bogatym żargonem. Zna go każdy, kto czyta futurologiczne książki – Kurzweila, Drexela, Tofflera, Masona, Attaliego, Joya. Osobliwość, trzecia fala, transhumanizm, nomadyzacja, postkapitalizm – często bez znajomości tych pojęć nie da się zrozumieć już nawet popularnego tekstu w masowym tygodniku, a co dopiero książki specjalistycznej. W „Krótkiej historii przyszłości” Jaques Attali beztrosko posługuje się np. nie tylko pojęciem szarej masy, ale także mas w innych kolorach, oczekując, że czytelnik zrozumie metaforę. Bo w futurologicznym żargonie różnobarwne masy oznaczają różne scenariusze apokalipsy spowodowanej przez zbyt doskonały postęp nanotechnologii – ich punktem wspólnym jest to, że na początku są samoreplikujące się maszyny, które zaczną żyć własnym życiem, przy okazji niszcząc cywilizację (jak w „Niezwyciężonym” Lema).

Problem z Lemem polega na tym, że on to wszystko wymyślił wcześniej, więc nadał temu własne nazwy. Gdyby „Niezwyciężonego” pisał, dajmy na to, w 1990 r., użyłby oczywiście określenia nanoboty. Ale że pisał go w 1961 r., zanim jeszcze futurologia zdążyła to opisać (a także w ogóle powstać), nazwał nekrosferą to coś, co ma pewne cechy biosfery, ale jest przecież martwe. To, co my dziś nazywamy rzeczywistością wirtualną, u Lema nazywa się fantomatyką. Sztuczna inteligencja – intelektroniką. Sieci neuronowe – hodowlą informacji. Transhumanizm – autoewolucją (gdy chodzi o ogólną sterowaną przemianę) i cerebromatyką (gdy chodzi konkretnie o przeróbki naszej umysłowości).

Osobliwość Wszechnocnika

Za najważniejszą książkę współczesnej futurologii powszechnie uchodzi „Singularity is Near” („Osobliwość nadchodzi”) Raya Kurzweila, wydana w 1999 r. Lem to wszystko zamknął w jednym rozdziale „Summy Technologiae”, zatytułowanym „Prolegomena Wszechmocy”. No dobrze, może ten neologizm Lemowi za dobrze nie wyszedł. „Singularity” dała początek pochodnym określeniom, takim jak singularysta (osoba podzielająca pogląd Kurzweila, że to już całkiem niedługo) albo Singularity University, jednostka badawcza ufundowana przez Google’a, skupiająca się nad możliwymi konsekwencjami osobliwości. Gdyby Lem postawił na swoim, mówilibyśmy o wszechmocnikach z Uniwersytetu Wszechmocy... Brzmi to jednak trochę słabiej. Tym bardziej że w opowiadaniu z „Cyberiady” Lem sparodiował samego siebie jako Chloryana Teorycego Klapostoła, genialnego myślanta, który tak bardzo wyprzedził swoją epokę, że gdy napisał książkę o Wszechmocniku, korekta mu w tytule poprawiła m na n.

Tytuł Lema jest jednak o tyle lepszy, że wobec osobliwości wszystkie nasze teksty mogą być w najlepszym wypadku prolegomenami (czyli uwagami wstępnymi). Nawiązuje do najsłynniejszego bodaj tytułu posługującego się tym pojęciem. Jako uzasadnienie do „Krytyki czystego rozumu” Immanuel Kant napisał esej zatytułowany „Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki, która będzie mogła wystąpić jako nauka”.

Kant tym tytułem demonstrował, że sam tej przyszłej metafizyki nie umie jeszcze napisać. Wie jednak, że nie powinna ona być tak naiwna jak metafizyka dogmatycznych racjonalistów (których krytykował w „Krytyce”). Podobnie jest z osobliwością. Na czym ona właściwie ma polegać, tego nie wiemy – z definicji. Singularyści przepowiadają, że całkiem niedługo – popularne prognozy mówią już o połowie tego stulecia – dożyjemy takiego przełomu technologicznego, że wszystkie nasze dotychczasowe problemy, nadzieje i wyobrażenia zrobią się nieaktualne, jak filozofia dogmatycznego racjonalizmu po 1781 r.

W ortodoksyjnym ujęciu (bo singularyzm też ma swoich heretyków!) osobliwość ma polegać na tym, że skonstruujemy sztuczną inteligencję tak potężną, że po pierwsze, nie będzie jej się z nami chciało gadać (bo i o czym?), a po drugie, nie będzie nas do niczego potrzebować, bo sama sobie dostarczy energię, serwis, budynki, wszystko, czego jej trzeba. Jak? Z definicji nie możemy tego sobie wyobrazić, bo żaden system informatyczny, którego zasady działania rozumieją jeszcze ludzcy inżynierowie, nie jest jeszcze systemem osobliwym.

Niektórzy, jak Bill Joy (współtwórca systemu operacyjnego UNIX, który praktycznie wszyscy mamy dziś w smartfonach) albo astrofizyk Stephen Hawking, ostrzegają, że uruchomienie takiego systemu będzie największym błędem w historii ludzkości. Osobliwa sztuczna inteligencja uzna nas za pasożyty, które niepotrzebnie snują się po jej planecie – i dokona ostatecznego rozwiązania tego problemu.

Ortodoksyjni singularyści z kolei patrzą na to jak ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]