POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 24-25

Polityka

Wojciech Szacki

Test warszawski

Upojony triumfami nad opozycją i coraz bardziej pewny siebie PiS śmiało sięga po samorządy.

Jarosław Kaczyński chce zmienić reguły gry przed kampanią 2018 r., stąd inicjatywa ograniczenia kadencyjności dla prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz koncept napompowania Warszawy do rozmiaru XXL. Oba pomysły są prawnie wątpliwe, oba generują konflikty, obu towarzyszą wizerunkowe porażki, a nawet klęski i, co zabawne, na zmianach PiS wcale nie musi skorzystać.

Piszę do ważnego polityka obozu władzy: „Po co wam ograniczenie kadencyjności i wielka Warszawa? PiS raczej nic z tego nie będzie miał…”. Po chwili przychodzi odpowiedź: „Ma pan rację w obu przypadkach. Dlaczego JK to robi? Ferwor zmian dla samych zmian”.

– Sekwencja zdarzeń z ustawą warszawską była katastrofalna. Projekt opisał „Dziennik Gazeta Prawna”, następnego dnia dokument zawisł na stronach sejmowych, wyśmiały go media oraz opozycja i dopiero wtedy PiS zrobił konferencję prasową. Ale było za późno – projekt już stał się memem – zauważa polityk bliski Kaczyńskiemu.

Istotnie, PiS dawno nie zebrał takiego lania od internautów. Pojawiły się żądania dostępu stolicy do morza i kpiny z tego, że autorzy projektu nie włączyli do metropolii Podkowy Leśnej, która miałaby zostać enklawą otoczoną ze wszystkich stron miastem stołecznym. – Będziemy jak okrążona przez Rzymian wioska Gallów z Asteriksa – ucieszył się burmistrz Podkowy Leśnej, ale przedwcześnie, bo Jacek Sasin wytłumaczył, że brak Podkowy był przeoczeniem, co skądinąd wiele mówi o jakości projektu.

Sen o (wielkiej) Warszawie

Projekt przedstawiony przez Sasina prawdopodobnie nie był jego autorstwa, część naszych rozmówców podejrzewa, że stał za nim Mariusz Błaszczak. Nic o nim nie wiedzieli warszawscy posłowie PiS, z którymi rozmawiała POLITYKA, nie znali go też warszawscy radni. Nie był oczywiście konsultowany z samorządowcami rządzącymi w Warszawie i w 32 (33 z Podkową Leśną) ościennych gminach. Został puszczony ścieżką poselską, a nie rządową, by wszelkie konsultacje ograniczyć.

Polityczne intencje są jasne; PiS chce skorzystać z tego, że ma większe poparcie poza Warszawą. Miasto stołeczne liczyłoby 2,5 mln mieszkańców. Wybieraliby oni prezydenta i radę miasta, która przejęłaby część kompetencji obecnej Rady Warszawy. Oznacza to, że na prezydenta Warszawy głosowaliby mieszkańcy np. Legionowa, Piaseczna czy Wołomina.

Projekt przewiduje też osobliwy kształt rady miasta. Radnych byłoby 50, wybieranych w jednoosobowych okręgach wyborczych – 18 z Warszawy (po jednym z każdej dzielnicy) i 32 z ościennych gmin. To artykuł jawnie sprzeczny z konstytucją, która wskazuje, że wybory samorządowe mają być równe. Tymczasem pomysłodawcy ustawy chcą, by po jednym radnym wybierał Mokotów (220 tys. mieszkańców) i podwarszawska gmina Wiązowna (10 tys. mieszkańców). Dodajmy, że wybrany w ten sposób mokotowski radny miałby mandat społeczny mocniejszy od większości posłów.

Dziewięć największych dzielnic stolicy, w których mieszka prawie 1,3 mln ludzi, wybierałoby dziewięciu radnych; dziewięć gmin ościennych zamieszkanych przez 130 tys. osób – także dziewięciu radnych.

Powie ktoś, że projekt pamięta o zasadzie równości, wprowadzając kryterium „podwójnej większości” – uchwały mają zapadać większością głosów, ale pod warunkiem że głosujący reprezentują większość mieszkańców całej metropolii. Ale podwójna większość w radzie miasta to autostrada do jej paraliżu. Wystarczyłoby 26 radnych reprezentujących 500 tys. mieszkańców (jedna piąta populacji metropolii), by zablokować każdą decyzję.

Sasin na konferencji prasowej obiecał, że te fragmenty projektu można jeszcze zmienić. Solennie zapewniał też, że za pomysłem nie stoją żadne rachuby polityczne, a jedynie chęć usprawnienia współpracy Warszawy z ościennymi gminami. Można domniemywać, że konferencja odbyła się z dwudniowym opóźnieniem, by Sasin opanował przekazanie tego komunikatu z kamienną miną.

Gdzie PiS nie zyska

Liczne wątpliwości budzi też pomysł ograniczenia do dwóch liczby kadencji, przez które prezydent burmistrz czy wójt mogą rządzić. Nie jest to pomysł nowy ani stricte pisowski. W wielu gminach wójtowie czy burmistrzowie stali się praktycznie nietykalni, korzystając z dostępu do środków unijnych, możliwości rozdawania posad oraz słabości lokalnych mediów i społeczeństwa obywatelskiego.

Kaczyński od czasu do czasu chwalił ograniczenie kadencyjności, ale dopiero w styczniu 2017 r. uczynił z tego lejtmotyw swojego objazdu po Polsce. Na kolejnych spotkaniach z działaczami PiS z Łodzi, Poznania, Opola czy Wrocławia powtarzał, że zmiany są niezbędne. „My nie chcemy eliminować dobrych, natomiast chcemy pomóc wyeliminować złych, bo często jest tak, że z tym jest trudno, że same mechanizmy demokratyczne nie wystarczają” – mówił w TVP Kraków.

Chęć walki z „układem” – tym razem na poziomie lokalnym – zbiega się tu z intencją wsparcia ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]