POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 5 (3096) z dnia 2017-02-01; s. 14-17

Temat tygodnia

Juliusz ĆwieluchAnna Dąbrowska

TKM*

Miało nie być Bizancjum, nepotyzmu, celebry i arogancji władzy. Wyszło jak zawsze. A nawet znacznie lepiej.

Tempo, w jakim władza deprawuje ludzi z PiS, porównać można jedynie z tym, w jakim Antoni Macierewicz pokonał trasę od ojca Rydzyka do prezesa Kaczyńskiego. Dojechać w niespełna godzinę i 40 minut spod Torunia do centrum Warszawy to więcej niż wyczyn. Według relacji świadków monowska kolumna w terenie zabudowanym poruszała się z prędkością grubo przekraczającą 100 km na godzinę. Trudno się dziwić, że kierowcom nie udało się wyhamować na czerwonym świetle.

Później można się już tylko dziwić. Jadący w kolumnie minister obrony narodowej nie zainteresował się stanem zdrowia poszkodowanych. Ze spuszczoną głową przesiadł się po prostu do trzeciej limuzyny, która towarzyszyła mu w tej podróży i opuścił miejsce wypadku. A raczej drobnej kolizji, jak poinformowała policja, która zresztą szybko oddała postępowanie Żandarmerii Wojskowej. Tej samej, której kierowcy najprawdopodobniej byli sprawcami wypadku. – Minister Macierewicz dał właśnie kolejny przykład, jak zachowuje się w sytuacjach kryzysowych. W Smoleńsku też uciekł. Strach pomyśleć, jak zachowa się na wypadek wojny – mówi Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Partyjni koledzy stoją za Macierewiczem murem. Według wiceministra Kownackiego jego szef jechał „z taką prędkością, jaka była potrzebna”. A umykać musiał przed ewentualnym zamachem.

Trzy samochody w kolumnie to przywilej, z którego poprzednio korzystali jedynie prezydent i premier. Antoni Macierewicz rozbudował własną ochronę do rozmiarów absurdalnych i dotychczas niespotykanych w MON. Jego poprzednicy korzystali z jednego kierowcy i jednego ochroniarza. Macierewicz najczęściej używa dwóch limuzyn. W jednej jeździ on wraz z ochroniarzem. W drugiej ma dodatkowy zespół ochraniający. W sumie na bieżąco ma dwóch kierowców i trzech ochroniarzy. Każdą z tych osób trzeba policzyć razy trzy, bo dla zapewnienia ciągłości ochrony funkcjonariusz musi mieć dwóch zmienników. Taka rozbudowana ochrona ma chronić ministra przed zamachem. Ale wygląda na to, że największym zagrożeniem dla ministra jest on sam.

Nóżka się pośliznęła temu Misiu

Z rzeczy niewygodnych dla szefa MON jest jeszcze sprawa rozbitych limuzyn. Podczas wypadku pod Toruniem skończyło się na skasowaniu pięciu samochodów prywatnych i dwóch rządowych. Co z perspektywy ministerstwa nie jest wielką stratą, bo – jak doniósł portal Onet – resort po cichu kupił sobie aż 30 nowych limuzyn i to w wersji specjalnej, po około milion złotych sztuka. – Samochody nie są opancerzone, a jedynie wzmocnione. Poza tym mają wyposażenie, o jakim nie może marzyć zwykły klient, bo w tej konfiguracji auto mogą kupować jedynie rządy – mówi Mateusz Multarzyński, redaktor naczelny portalu Spec Ops. Rząd formalnie ich jednak nie kupił, tylko zlecił to zadanie Żandarmerii Wojskowej, której łatwiej było kupić samochody po cichu. Sprawa długo nie ujrzała światła dziennego, bo politycy PiS wykorzystali zapisy specustawy, którą uchwalono przed szczytem NATO. Po dwóch dniach szczytu do rozdania wśród swoich było 30 wypasionych aut. Chętnych było tylu, że samochodów nie starczyło dla najwyższych dowódców w armii. Nie zabrakło jednak auta dla rzecznika Bartłomieja Misiewicza.

Fakt, że Bartłomiej Misiewicz nie ma studiów, nie oznacza, że brakuje mu sprytu. Wbrew urzędniczej niemożności udało mu się sprawić, żeby dla rzecznika znalazła się limuzyna. Zabrano ją po prostu pierwszemu zastępcy szefa Sztabu Generalnego. W sztabie postanowili nie robić z tego afery. Zwłaszcza że minister nie tylko to akceptował, ale zmienił nawet przepisy pod swojego pupila. Misiewicz dostał prawo do korzystania z karty drogowej typu A, która uprawniała go do używania pojazdu bez ewidencji przejechanych kilometrów i podawania trasy. Dwugwiazdkowy generał z reguły ma kartę drogową typu B. Jego kierowca, wioząc go do pracy, nie może nawet zatrzymać się pod sklepem spożywczym. Po pracy generał musi się poruszać własnym autem albo na piechotę.

Skoda superb, którą Misiewicz dostał na początku, szybko mu się jednak znudziła. Jego ambicje sięgały wyżej. Po szczycie przesiadł się do BMW 7. Dostał również kierowcę, ochroniarza, z którym ostatnio brylował na dyskotece w Białymstoku. Ambicje rzecznika sięgały wyżej również w kwestii własnego ego. Misiewicz, wizytujący 12. Dywizję Zmechanizowaną, poczuł się urażony, że dowódca nie witał go przed frontem jednostki, a zaledwie przyjął w gabinecie. Misiewicza kosztowało to wiele nerwów, a gen. Andrzeja Reudowicza stanowisko. – Cudem ocalał w wojsku. W zasadzie uratowało go tylko to, że był kanclerzem Orderu Krzyża Wojskowego, najwyższego odznaczenia nadawanego w czasie pokoju – mówi jeden z jego kolegów. Reudowiczowi trzeba było jednak znaleźć stanowisko za granicą, bo rzecznik nie życzył już sobie go oglądać.

Wojskowi nie wyciągnęli ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

* „Teraz k... my” – słowa Jarosława Kaczyńskiego, które padły w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 1997 r. Odnosiły się do mentalności zdobywców, którzy biorąc władzę, obsadzają wszelkie możliwe stanowiska według klucza partyjnego, a nie merytorycznego. Kaczyński krytykował w ten sposób poczynania zwycięskiej Akcji Wyborczej Solidarność.