POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 31 (3121) z dnia 2017-08-02; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

To lato na lata

Wszyscy interesujący się polityką mają teraz zagwozdkę: jak zinterpretować podwójne weto prezydenta Andrzeja Dudy? Spory – także w tym numerze – dotyczą zarówno motywów zaskakującej decyzji prezydenta, jak i, przede wszystkim, jej skutków. Pierwszy dylemat – czy chodzi tu o ustawkę, czy też Duda naprawdę samodzielnie, bez konsultacji i bez zgody prezesa zawetował dwie z trzech sądowych ustaw – dość szybko zyskał rozwiązanie. Nerwowe wypowiedzi licznych polityków PiS, a wreszcie samego Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry, nie zostawiły wątpliwości: on naprawdę to zrobił! Ale jeśli tak, to dlaczego? Tu od razu objawiły się trzy podstawowe pakiety interpretacyjne: zewnętrzny, wewnętrzny i osobisty. Zwolennicy pierwszego mówią, że Duda cofnął się wobec spektakularnej, zewnętrznej presji „ulicy i zagranicy”, wykazując przy tym rozsądek i refleks, jakich wyraźnie zabrakło kierownictwu partii, i prawdopodobnie ratując koleżeństwo przed znacznie większymi kłopotami. Druga interpretacja sprowadza całe zajście do rozmiarów wewnętrznej rozgrywki między Ziobrą i Dudą o wpływy, prestiż i dostęp do ucha prezesa. Trzecia szuka wyjaśnień głównie w psychologii i emocjach Andrzeja Dudy: że dosyć miał lekceważenia, że bał się ostatecznej kompromitacji w bliskim mu środowisku prawniczym, że uległ naciskowi zażenowanych przyjaciół, rodziny, współpracowników, biskupów. Wariant czwarty, że mogło chodzić o obronę zasad państwa prawa, pod uwagę nie był brany.

W zależności od tego, jaki wybierze się interpretacyjny miks, różne będą prognozy dotyczące skutków prezydenckiego weta: od oczekiwania wielkiego zwrotu w polskiej polityce, nawet utworzenia „partii prezydenckiej”; poprzez jakąś formę politycznej autonomii Dudy, aż po pokajanie się i powrót „Adriana” do przedpokoju prezesa. Grzegorz Schetyna weto Dudy traktuje jako zdarzenie ważne i obiecujące, deklaruje nawet wolę współpracy przy pisaniu nowych ustaw reformujących sądownictwo, ale też swoją ostateczną ocenę uzależnia od kolejnych kroków prezydenta. Senator Marek Borowski uważa, że jeśli tylko prezydent w nowych ustawach otrzyma część prerogatyw, jakie w starych zapisał sobie Zbigniew Ziobro, zapewne zaakceptuje faktyczną likwidację niezależnego sądownictwa i – jak czynił to poprzednio – bez oporów złamie konstytucję. Ogólnie, co rozsądniejsi politycy opozycji starają się studzić euforię, jaką u wielu uczestników lipcowych demonstracji wywołał niespodziewany, choć niepełny, sukces akcji „trzy razy weto”. Bo wciąż najbardziej prawdopodobny wydaje się jednak scenariusz powrotu Dudy do szeregu (choć tym razem – pierwszego). Opozycja, jeśli tylko nieopatrznie i przedwcześnie uzna dobre intencje prezydenta w roli reformatora, może się znaleźć w pułapce: ta sama ziobrowa trucizna wróci, tyle że z wypisaną na fiolce „osobistą gwarancją bezpieczeństwa”, udzieloną przez nowego przyjaciela demokratów Andrzeja Dudę. I jak wtedy na nowo nawoływać do protestów? Trudna sytuacja, marsz po linie, bo jednocześnie nie sposób nie skorzystać z szansy, jaką dał opozycji jawny konflikt w obozie władzy i wejście do politycznej gry urzędu prezydenckiego.

Pamiętam, że już po wyborze Andrzeja Dudy, a przed wyborami parlamentarnymi, w komentarzu pod zapożyczonym tytułem „Wasz prezydent, nasz premier”, sam oddawałem się spekulacjom, jak korzystna dla polskiej polityki byłaby ewentualna kohabitacja młodego prezydenta – pierwszego polityka PiS, którego prezes nie może odwołać, i naturalnego pretendenta do schedy po Jarosławie – z niepisowskim rządem. Wtedy wydawało mi się to najlepszą szansą na jakieś pogodzenie „dwóch Polsk”, poprzez wzajemne, wymuszone (tu siła większości, tam siła weta) dzielenie się władzą, ucieranie poglądów i reform, równoważenie stref wpływów, rozdziału godności, szacunku. Gdyby PiS przegrał wybory parlamentarne, to wokół Dudy powstałby ośrodek koncentracji „obozu prawicy”, osłabiając destrukcyjną dla polskiej polityki rolę Jarosława Kaczyńskiego. To musiałoby zwiększyć poziom racjonalności w PiS oraz skłonność do kompromisu w nie-PiS. Tamte spekulacje diabli wzięli; wybory parlamentarne oddały pełnię władzy Kaczyńskiemu, czego dramatyczne skutki widzimy i opisujemy od dwóch lat, wciąż nie mogąc ani uwierzyć, ani nadążyć. Ale, oczywiście, choćby w przyszłości (o czym pisze Wojciech Szacki) Duda mógłby odegrać rolę mediatora i moderatora, łącznika różnych sortów Polaków, także gwaranta przewidywalności (i stabilności psychicznej) polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Taki ma urząd, takie konstytucyjne kompetencje, taką wciąż szansę. Weto Dudy jakoś ożywiło te martwe od dawna nadzieje, choć zapewne to całkowita iluzja, naiwność i miskalkulacja.

Można to zjawisko zrozumieć, bo akurat w tym samym czasie, gdy Andrzej Duda wypowiadał się jak poważny polityk, jego szef pokazał twarz szaleńca. Tak, mówię o tym samym co wszyscy, czyli o „zdradzieckich mordach”, i zgadzam się, że to jedno z najważniejszych zdań, jakie w życiu wypowiedział Jarosław Kaczyński. Jedyny dziś władca Polski ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]