POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 28-30

Społeczeństwo

Katarzyna Zdanowicz

To nie jest kraj dla kobiet

Unia Europejska ogłosiła 2017 Rokiem Walki z Przemocą wobec Kobiet. Tymczasem rząd premier Beaty Szydło zadeklarował chęć wycofania się z konwencji antyprzemocowej. Ma być tak jak było, a nawet gorzej.

Za wypowiedzeniem konwencji antyprzemocowej przez Polskę opowiedziała się minister pracy Elżbieta Rafalska. Jej zdaniem prawo polskie jest – i będzie – wystarczające, więc nie musimy sygnować treści tak wątpliwych jak konwencja. W podobnym tonie wypowiadali się wcześniej prezydent i premier.

Tymczasem badania Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, przeprowadzone przez prof. Beatę Gruszczyńską, pokazują, że skala przemocy wobec kobiet w Polsce rośnie. W ciągu tygodnia zabijane są przez swoich oprawców średnio trzy kobiety, a każdego roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Zwłaszcza z dala od wielkich miast dzieje się to przy kompletnej bierności organów ścigania. – Około 100 tys. Niebieskich Kart, wydanych w Polsce, potwierdza istnienie przemocy, ale tylko co trzeci przypadek policja uznaje za znęcanie się nad członkiem rodziny, a przed sądem staje zaledwie co szósty sprawca. W ponad 80 proc. zapadają jednak wyroki w zawieszeniu – mówi Anita Kucharska-Dziedzic, która stworzyła lubuskie Stowarzyszenie na rzecz Kobiet – Ofiar Przemocy BAB-a.

Państwo oczywiście przemocy wobec kobiet nie pochwala, jednak instytucje, podobne do tej, jaką zarządza Anita Kucharska-Dziedzic, od wyborów wygranych przez PiS borykają się z coraz większymi kłopotami finansowymi. Konwencję antyprzemocową, która zobowiązuje państwa do wprowadzenia kompleksowych rozwiązań, od dawna ostro krytykowali prawicowi politycy i kościelni hierarchowie – głównie za sformułowanie, że przemoc może mieć swoje korzenie w kulturze, obyczajach, religii, tradycji. I może przybierać formy daleko odbiegające od „normalnego” domowego pobicia.

Szpitale ze średniowiecza

Joanna mówi z całym przekonaniem, że też jest ofiarą przemocy – szpitalnej. Ma dwuletnią córkę i czuje, że to najlepszy czas, żeby zajść w drugą ciążę, ale broni się przed nią, jak może. Nie chce ponownie przechodzić koszmaru. Męża nie było przy porodzie, jest przedstawicielem regionalnym w koncernie handlującym słodyczami, wypadła pilna delegacja na drugi koniec Polski. Joanna, z racji na swoją mikrą budowę i sporą wagę dziecka, spodziewała się cesarki, ale lekarz tylko się uśmiechnął: „Nie ma wskazań”. Pielęgniarka dodała, że „to drogi zabieg, a my oszczędzamy na wszystkim”. Ból się nasilał, po odejściu wód Joanna traciła przytomność. Błagała o znieczulenie. Usłyszała: „Proszę się tak nie drzeć. Nasze babki rodziły pod drzewami, po dwóch godzinach wracały do pracy w polu. I żyły”.

Z obserwacji psychologów zajmujących się pracą z ofiarami traum wynika, że w przypadku ogromnego odsetka kobiet, które rodziły naturalnie, można to doświadczenie zakwalifikować jako traumatyczne. To poziom bólu jak przy łamaniu 12 kości jednocześnie; jeśli na to nakłada się szpitalne uprzedmiotowienie, nie wychodzi się z tego bez konsekwencji. – W Polsce to cały czas temat tabu, ale złe porody mają swoje następstwa w przyszłości. Ofiary szpitalnego zaniechania nie od razu potrafią zaakceptować swoje dziecko, unikają seksu, szerokim łukiem omijają szpitale. I nawet nie myślą o powiększeniu rodziny – mówi Joanna Drosio-Czaplińska, psychotraumatolog.

Lekarze niewiele robią sobie z obowiązującej od lipca 2015 r. ustawy gwarantującej bezpłatne znieczulenie przy porodzie. Przed lipcem 2015 r. przysługiwało wyłącznie tym kobietom, które ze względu na wskazania medyczne nie mogły rodzić naturalnie. Teraz powinna otrzymać je każda rodząca, płaci za to NFZ, świadczenie jest gwarantowane w ramach składki. W rzeczywistości lekarze na oddziałach ginekologicznych nagminnie odmawiają znieczulenia. Tłumaczą się zbyt małą liczbą anestezjologów. Znów – najbardziej pokrzywdzone okażą się mieszkanki małych miejscowości. Te w wielkich aglomeracjach częściej znają swoje prawa, wiedzą, gdzie mogą się udać, jeśli nie są respektowane. W prowincjonalnych szpitalach praktycznie nie istnieje pojęcie porodu z uśmierzonym bólem. – W dodatku kilka miesięcy temu minister zdrowia jeszcze zliberalizował przepisy w tym zakresie – mówi dr Sylwia Spurek, zastępca rzecznika praw obywatelskich. – Na tym przykładzie widać, jak daleko prawo w teorii rozmija się z prawem w praktyce.

Prócz znieczulenia, właśnie znikają także standardy, jakie udało się w szpitalach wprowadzić dzięki akcji „Rodzić po ludzku”. Decyzją ministra zdrowia tylko od danego szpitala będzie zależało, czy ich przestrzega i w jakim zakresie.

Tysiąc gwałtów, jedna aborcja

W prawie międzynarodowym zmuszenie kobiety do donoszenia uszkodzonej ciąży jest traktowane jak tortury. Potwierdzają to wyroki, które zapadały przed sądami ONZ, Rady Europy i Unii Europejskiej. Ostatni, z czerwca 2016 r. w sprawie Amandy Mellett, rozpętał w Irlandii ogromną narodową dyskusję na temat granic, do których może posunąć się państwo wobec kobiety. Uznano, że została poniżona i nieludzko potraktowana, a Irlandia złamała prawa człowieka. Premier ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]