POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 30-32

Ogląd i pogląd

Robert Krasowski

Totalny człowiek Marksa

Nie ma większej ikony lewicy niż Marks. Kłopot w tym, że on lewicą gardził, a na robotników patrzył z obojętnością. Co zatem przyniósł Marks ludzkości w swoim plecaku?

Nieporozumienia związane z Marksem wzięły się stąd, że połowa jego kluczowych prac została opublikowana pół wieku po jego śmierci, dopiero w latach 30. XX w. Ale wtedy dla świata ważniejsze od tego, co myślał Marks, było to, co w jego imieniu robił Stalin. Nowe książki przeczytała jedynie zachodnia lewica, ale ją również mniej interesował Marks, a bardziej rehabilitacja marksizmu. Dopiero w latach 60. nad Marksem pochylili się poważni badacze – Tucker, Calvez, Plamenatz, Kołakowski, Lichtheim. Oni pierwsi przeczytali go w całości i przedstawili nowy obraz jego doktryny. Ale poza garstką specjalistów nikogo to już nie zainteresowało.

I

Co odkryto w nowych książkach? Odkryto filozofa. Udało się prześledzić każdy etap rozwoju marksowskiej myśli. Okazało się, że do komunizmu doszedł drogami filozoficznej abstrakcji. Rozwiązywał problemy pozostawione przez Hegla, zmagał się z ideą końca historii, zastanawiał nad tym, jak ten koniec powinien wyglądać i kto do niego może doprowadzić. Od Hegla i Feuerbacha przejął też ideę ludzkości, która odkrywa, że to ona sama jest bogiem.

Marks nie reagował na robotniczą krzywdę, został komunistą, nie oglądając na własne oczy żadnych robotników. Mieszkał w Niemczech, kraju wówczas gospodarczo zacofanym. O robotnikach fabrycznych przeczytał w książce o francuskim komunizmie. Dowiedział się z niej, że we Francji pojawili się biedacy inni niż znani z historii. Buntowniczy, dumni, mściwi, niebezpieczni. I na podstawie kilkunastu akapitów rozwinął koncepcję proletariatu jako podmiotu historii. Gdy po kilku latach wyemigrował do Anglii, widokiem robotników był niemile zaskoczony. Byli zwykłymi ludźmi, nie chcieli rewolucji, ale podwyżek.

II

„Główne nurty marksizmu” Leszka Kołakowskiego otwierało zdanie: „Marks był filozofem niemieckim”. Myśl Kołakowskiego brzmiała niewinnie, ale mówiła coś rewolucyjnego. Że w opisie Marksa kładziono akcent na sprawy wtórne, na to, że był socjalistą, ekonomistą czy działaczem robotniczym. Tymczasem był filozofem, czyli zainteresowania swojej epoki wykorzystał do rozwiązania problemów, jakie pozostawił Hegel.

Dla badaczy zagadka Marksa znalazła wyjaśnienie, zrozumieli logikę jego doktryny. Z punktu widzenia ich profesji temat został wyczerpany. Jednak pozafilozoficzne konsekwencje ich odkryć były jeszcze ciekawsze, choć nikt się nad nimi nie pochylił. Bo co to oznacza dla historii polityki oraz dla historii lewicy? Oznacza, że Marks, dołączając do lewicy, niósł w plecaku swój własny cel, z lewicą niemający niczego wspólnego.

III

W połowie lat 40. XIX w. młody Marks do lewicowego świata nie tyle wszedł, co wtargnął. Nikt nigdy nie poddał lewicy tak miażdżącej krytyce. Marks wbijał w ziemię socjalistów i komunistów, największe autorytety ówczesnej lewicy niemieckiej, francuskiej i angielskiej. Brał na warsztat kolejne postaci i rozgniatał je. Wszystko było złe – ich ekonomiczne przygotowanie żałosne, ideały głupie, motywacje utopijne, metody sentymentalne.

Swój wysiłek nazywał wykuwaniem „komunizmu naukowego”, czyli narzucaniem lewicy poglądów, które niósł w plecaku. W praktyce oznaczało to walkę ze wszystkim, co uważano za lewicowość, zarówno wtedy i dziś. Bo Marks potępiał wszystkie formy pomocy biednym i skrzywdzonym. Celem miała być rewolucja, a nie ocieranie łez. Szydził z socjalistów, którzy „skomlą sentymentalnie z powodu cierpień ludzkości” oraz „humanitarnie bajdurzą o oświacie i wolności”, a także „dobrobycie wszystkich klas”.

Atakował wszelkie odmiany lewicowej wrażliwości. Krytykował reformatorów społecznych, związkowców, „filantropów”, „głosicieli humanitaryzmu”, „organizatorów dobroczynności”, a nawet „opiekunów zwierząt”. Krytykował wszystkie miękkie serduszka. Krytykował też entuzjastów demokracji za ich wiarę w kartkę wyborczą. Wyśmiewał ich, że wierzą w „demokratyczne cuda”. Ale najmocniej atakował „ulepszycieli położenia klas pracujących”, skupionych na wyższych płacach dla robotników i większych podatkach dla bogatych.

IV

Ostrym atakom na lewicę towarzyszyły dużo ostrzejsze ataki na wrogów lewicy, na burżujów, klechów i reakcjonistów. Można więc było jego poglądy uznać za lewicowość bardziej radykalną. Ale prawdą było co innego – lewica była jedynie wehikułem, na którym chciał Marks do rewolucji dojechać.

Marks gardził tym, co dla lewicy najważniejsze, czyli sprawiedliwością społeczną. W apelu do Związku Komunistów pisał: „Nie chodzi nam o zmianę własności prywatnej, ale o jej zniesienie, nie o zacieranie przeciwieństw klasowych, lecz o zniesienie klas, nie o naprawę istniejącego społeczeństwa, lecz o stworzenie nowego”.

Można powiedzieć, że nie chciał sprawiedliwości społecznej od razu, aby nie osłabiać rewolucyjnego impetu. Ale nie chciał jej również po rewolucji. Nazywał ją „socjalizmem wulgarnym”. Program niemieckiej lewicy, przyjęty na zjeździe w Gotha, doprowadził Marksa do ataku wściekłości, właś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były red. naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Autor wywiadów rzek z politykami: Leszkiem Millerem, Janem Rokitą i Ludwikiem Dornem.