POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 31-33

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Tożsamość wyklęta

Rozmowa z prof. Rafałem Wnukiem, historykiem, o micie wyklętych, czyli szantażu patriotycznym, który zniekształca naukę i dzieli społeczeństwo

Violetta Krasnowska: – Można powiedzieć, że to pan odkrył Żołnierzy Wyklętych, zajmując się jako jeden z pierwszych tematem antykomunistycznego podziemia powojennego. Dziś głośno protestuje pan przeciw używaniu tego terminu. Dlaczego?
Rafał Wnuk: – Bo stał się on pretekstem do nieuprawnionych podziałów Polaków na patriotów i rzekomych niepatriotów. Niedawno miałem rozmowę w radiu. Ludzie, którzy nie mają żadnej wiedzy na ten temat, żadnego dorobku, z niekłamanym, autentycznie szczerym poczuciem wyższości pouczali mnie, jak należy mówić o Żołnierzach Wyklętych. Ja występowałem z perspektywy badacza i historyka. Wyższość moich rozmówców miała wynikać z tego, że są patriotami – i to właśnie figura Żołnierzy Wyklętych decydowała, kto jest po właściwej stronie. Wielu znanych mi historyków, znawców tematu, woli w tej sytuacji milczeć, niż powiedzieć, że coś jest nie tak z formułą wyklętych. Ten szantaż patriotyczny to coś, co zabija naukę, ale też niszczy nas jako społeczeństwo. Na to się zgodzić nie mogę.

Od jak dawna zajmuje się pan badaniem powojennego podziemia?
W 1988 r. na seminarium magisterskim prof. Tomasza Strzembosza, na Wydziale Historii KUL, znając wydane w podziemiu prace na temat Ognia, jak i wydaną w podziemiu książkę o Łupaszce, pomyślałem, żeby zająć się powojennym podziemiem w regionie, z którego sam pochodzę, na Zamojszczyźnie. Prof. Strzembosz powiedział, że to szalony pomysł, że jest to niewykonalne, ale że powinienem podjąć temat.

Dlaczego niewykonalne?
Byliśmy jeszcze przed wyborami 4 czerwca 1989 r. Wydawało się, że komunizm będzie długo trwał. Można było pracować wyłącznie w oparciu o relacje. To było niezwykle trudne, bo ludzie się bali. Prof. Strzembosz, który był dobrze znany w kręgach kombatanckich, napisał mi rodzaj listu żelaznego, w którym informował, że jestem człowiekiem godnym zaufania. Przeprowadziłem wywiady z ludźmi już dziś nieżyjącymi, a bardzo ważnymi. Udało mi się dotrzeć do Mariana Gołębiewskiego, człowieka, który był skazany w pierwszym procesie WiN, dotrzeć i nawet zaprzyjaźnić się ze Stanisławem Książkiem, szefem środowiska zamojskiego w Armii Krajowej w Warszawie. To otwierało mi kolejne drzwi. Od 1990 r. mogłem już korzystać z akt Wojskowych Sądów Rejonowych, które od 1946 r. zajmowały się podziemiem powojennym, a które właśnie weszły do zbioru sądowego. Miałem już możliwość weryfikowania informacji. Rok później dopuszczono mnie do akt administracyjnych UB, gdzie były raporty z terenu, pokazujące wiedzę aparatu bezpieczeństwa. Powoli się to zapełniało i w 1993 r. obroniłem pracę magisterską, która została wydana, a nawet nagrodzona przez „Zeszyty Historyczne WiN-u” – i była to pierwsza w Polsce wydana legalnie książka o podziemiu antykomunistycznym. W 2001 r., pracując już w IPN, pomyślałem, że trzeba by zrobić opartą na profesjonalnych badaniach całej powojennej konspiracji paramonografię i wymyśliłem „Atlas Podziemia Niepodległościowego 1944–1956”. Został wydany w 2007 r. Dodam, że ani razu nie pada tam określenie Żołnierze Wyklęci.

Skąd pojawiło się to określenie?
Pierwsze środowisko, które zaczęło tworzyć swoją tożsamość właśnie wokół wyklętych, to Liga Republikańska, choć samo słowo rozpowszechniło się w 1996 r. dzięki książce Jerzego Ślaskiego, który był żołnierzem Orlika, pt. „Żołnierze Wyklęci”. Mamy tutaj od razu dwa sposoby rozumienia słowa wyklęci. Dla Ślaskiego słowo wyklęci oznaczało wyklęcie przez PRL, dla Ligi Republikańskiej – wyklęcie przez III RP.

Jakim cudem połączono podziemie powojenne z III RP?
Liga stwierdziła, że komuniści nie mogli nikogo wykląć, bo nie byli reprezentantami narodu. Takim reprezentantem była dopiero III RP, ale okazała się zdradziecka.

Niedawno z ust Krzysztofa Wyszkowskiego, obecnego członka Kolegium IPN, usłyszeliśmy ciąg dalszy tej narracji: że skoro Wałęsa okazał się Bolkiem, Mazowiecki, Kuroń, Geremek rozmawiali z komunistami, to „nie dosłownie, ale mają krew na rękach”, oni wszyscy przestają już być autorytetami, a jedynymi autorytetami stają się właśnie Żołnierze Wyklęci.
To powszechny dziś w kręgach władzy sposób opisywania przeszłości. Np. prezydent Duda podczas niedawnych uroczystości na pogrzebie Inki stwierdził, że państwo polskie zerwało z PRL tylko pozornie.

Narzędziem do czego, pana zdaniem, są dziś Żołnierze Wyklęci?
Ludzie, którzy nie akceptują kierunku zmian, jakie zapoczątkował 1989 r., szukali sposobów delegitymizacji władzy i stworzyli mit historyczny, na którym można było oprzeć polityczną tożsamość. Ci ludzie za aksjomat uznają antykomunizm. To jest wyznacznikiem patriotyzmu. Jeśli antykomunizm nie jest dla ciebie podstawowym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rafał Wnuk – historyk, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, redaktor naczelny „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956”.