POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 20-22

Polityka

Rafał Kalukin

Transfery III RP

Trzeba spalić za sobą mosty, a przecież nie ma pewności, że w nowej partii uda się zadomowić. „Zdrajcy” nigdy nie mają lekko. Czemu więc tak ich wielu w polskiej polityce?

Ze zgrozą obserwuję, jak w instytucjach unijnych Polak Polakowi prędzej zaszkodzi, niż pomoże. Nie lubimy i nie rozumiemy siebie, więc nie dziwmy się, że i inni nas nie rozumieją” – mówił Jacek Saryusz-Wolski w wywiadzie dla „Polska The Times” w 2008 r. Puentował: „Kiedy powstają takie sytuacje, to widzę w oczach kolegów z Parlamentu Europejskiego przede wszystkim niezrozumienie (…)”. Co takiego dostrzeże teraz w oczach europejskich rozmówców po upokarzającej klęsce swych nowych politycznych protektorów na unijnym szczycie?

Trudno dociec, co skłoniło doświadczonego polityka, iż pozwolił się wykorzystać jako narzędzie w awanturniczej i partackiej rozgrywce. W opowieściach niedawnych kolegów z PO dominuje słowo frustracja. Coraz bardziej się od nich oddalał i coraz słabiej identyfikował ze swym obozem. I poniekąd można to zrozumieć. Saryusz kojarzył się z odległymi czasami, gdy Platforma licytowała się z PiS w „twardej obronie narodowych interesów”. Tyle że, przedłużając euromandat w kolejnych elekcjach, Saryusz podejmował się reprezentowania aktualnej linii Platformy.

Dociekanie cudzych intencji jest ryzykowne. Osobisty interes wcale nie musi kolidować z ideowością. Koniunkturalny wybór też może służyć zbiorowym celom. Tak samo jak twarda ideowość może prowadzić na manowce. W pierwszej dekadzie III RP wielkie wędrówki partyjnych ludów były zjawiskiem powszechnym. System się kształtował, z galimatiasu przełomu dopiero wyłaniały się podziały porządkujące poglądy Polaków. Zaroiło się więc od notorycznych, głównie prawicowych Brutusów. Jednak patrzono na nich na ogół z politowaniem, prawdziwe oburzenie rezerwując na szczególnie drastyczne przypadki przekroczenia historycznej barykady.

Po co im to było?

Najsłynniejszy był chyba przypadek Andrzeja Celińskiego. Ów zasłużony opozycjonista z czasów PRL zaszokował w 1999 r. solidarnościowy świat wstąpieniem do SLD. Butnego wtedy i aroganckiego. „Były Celiński” – napisał Stefan Bratkowski. Zaś Andrzej Wielowieyski nawet po blisko dwóch dekadach ocenił: „To było przejście do innego obozu politycznego. Do innego świata ideowego. To była zdrada”.

Celiński miał opinię faceta (nad)ambitnego. Trzy lata wcześniej opuścił Unię Wolności po konflikcie z szefem płockich struktur partii, któremu zarzucił korupcję. Rozczarowany obojętnością kierującego Unią Leszka Balcerowicza i jego twardym liberalnym kursem, napisał potem w artykule, że „wybiera lewicę”.

Leszek Miller opowiadał Robertowi Krasowskiemu: „Zadzwoniłem i powiedziałem: »Andrzej, skoro masz o nas taką dobrą opinię, to może byś do nas wstąpił?«. On trochę się wahał, poprosił o czas do namysłu, w końcu się zgodził, a ja mu wtedy powiedziałem: »Ale wiesz, tu nie chodzi o to, żebyś był szeregowym członkiem partii, chcę, żebyś był moim zastępcą«”.

Jeszcze radykalniejszego przejścia na kulturowe antypody dokonał w 2003 r. Ryszard Czarnecki. Dawniej szef ZChN i krótko minister w rządzie Jerzego Buzka bez żenady założył biało-czerwony krawat Samoobrony. Też był politykiem bez przydziału. Kaczyńscy nie widzieli dla niego miejsca w PiS, podobnie jak Giertych w LPR. Wystartował na prezydenta Wrocławia. Zainwestował oszczędności i znalazł się na lodzie. Początkowo doradzał Lepperowi w sprawach międzynarodowych, potem został europosłem. „Skok do szamba” – pisało prawicowe „Nowe Państwo”. W 2007 r. na liście wyborczej Samoobrony pojawiło się z kolei nazwisko samego Millera, wtedy polityka upadłego, odepchniętego przez własną partię. Co go pchnęło do desperackiego kroku? Bił się potem w piersi, że to „z rozgoryczenia, z zemsty, z pychy, z tego, co w człowieku siedzi najgorszego”.

Zyta Gilowska wchodziła do rządu Kazimierza Marcinkiewicza w styczniu 2006 r., kiedy podział sceny na PO i PiS dopiero się wykopywał. Marcinkiewicz budował swój rząd tak, jakby PO-PiS nadal istniał, i chętnie wręczał ministerialne teki ludziom odległym od twardych diagnoz Kaczyńskich. Gilowska, pół roku wcześniej pod błahym zarzutem nepotyzmu wypchnięta przez Tuska z Platformy, przyjęła ofertę. Stawiając warunek, że będzie wicepremierem i architektem liberalnej polityki gospodarczej.

Jesienią 2007 r. marsz w odwrotną stronę wykonał Radosław Sikorski. W latach 90. był idolem antykomunistycznej młodzieży. W pierwszym rządzie PiS został ministrem obrony. „Gazeta Polska” zdążyła go jeszcze obdarować nagrodą Człowieka Roku. Ale Sikorskiemu trudno już było akceptować coraz ostrzejszy kurs Kaczyńskich. A przede wszystkim nie potrafił ułożyć sobie współpracy z Macierewiczem, którego bracia posłali do likwidowania WSI. Miał im powiedzieć: „Albo Macierewicz, albo ja”. Odpowiedź nie była po myśli Sikorskiego. Nie odmówił więc, gdy w kampanii wyborczej Tusk osobiście zaprosił go na listy wyborcze PO. Postawił tylko warunek, że w razie zwycięstwa obejmie MSZ. I natychmiast uwiarygodnił się w nowym środowisku słowami ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]