POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 16 (3055) z dnia 2016-04-13; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Triumf smoleńskiego kłamstwa

Wezwanie prezydenta Andrzeja Dudy do pojednania i wybaczenia zmieniło się w pusty gest. Interpretację narzucił Prezes.

Szósta rocznica smoleńskiej katastrofy, pierwsza pod pełnymi rządami PiS, miała być wyjątkowa. A jednak wyjątkowa nie była. Nie tylko dlatego, że wszystkie najbardziej bulwersujące słowa o wyjątkowej zbrodni, zdradzonych o świcie, morderczych spiskach, kłamstwach i oszustwach wypowiedziano już po wielekroć. Przy okazji kolejnych rocznic i bez okazji. I z żadnego się obecnie nie wycofano. Nie tylko dlatego, że zwoływanie tysięcznych manifestacji dla poparcia rządu tego akurat dnia traci sens i zamazuje cel zasadniczy – kreowanie legendy wielkiego prezydenta, pierwszego, który chciał naprawdę wielkiej Polski. Przede wszystkim dlatego, że ta rocznica została rozpięta między dawnymi a nowymi laty. Między nierzeczywistością dawnych opozycyjnych fantazji a rzeczywistością rządzenia z wszelkimi jego ograniczeniami, nawet jeśli PiS wydaje się, że wszystko mu wolno i wszystko może. Między dawnym, wiecowym porządkiem a ceremoniałem państwowym, ale z tymi samymi emocjami.

Wezwanie prezydenta Andrzeja Dudy do pojednania i wybaczenia na tle okrzyków nienawiści i jeszcze bardziej złowrogich transparentów nie miało więc w istocie żadnego znaczenia. Zmieniło się w pusty gest, który jeszcze całkowicie zdezawuował Jarosław Kaczyński w zamykającym obchody przemówieniu, pełnym zwycięskiej pychy, zapowiedzi odwetu, braku szacunku dla myślących i odczuwających inaczej czy dla faktów najbardziej oczywistych. Kaczyńskiego wola zemsty zdaje się nie mieć granic.

Rządzące PiS powinno teraz szukać nowej formuły mówienia o katastrofie. Tymczasem nie tylko najwyraźniej takiej formuły nie ma, ale szukać jej nie zamierza, w smoleńskim podziale nadal widzi swój cel polityczny, biorąc choćby pod uwagę listę tych, którym Jarosław Kaczyński dziękował za trwanie przy „jego prawdzie”. Nie o żadną prawdę tu chodzi, ale o brutalną politykę, która ma spajać wierne szeregi. Stwierdzenie, że już niedługo dojdziemy do prawdy, a wraz z prawdą przyjdzie naznaczenie winnych, a może i kara, bo moralne społeczne wykluczenie jest już oczywistą oczywistością, żadnego nowego przesłania nie niesie. Mamy ciągle zestaw prawd dla harcowników wypuszczanych przed każdymi obchodami, którzy, tak jak obecnie choćby Jacek Sasin, opowiadają w mediach, że Tuska trzeba postawić przed Trybunał Stanu, bo „dowodów jest aż nadto” albo wręcz skazać na śmierć (jak mówiła Ewa Stankiewicz w TVP). Czy dla takich, jak wiceminister kultury Jarosław Sellin, który zapowiedział, że pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu stanie, a „kto chciałby temu przeszkadzać, znajdzie się na liście wstydu”. Podobnie twardo o pomniku mówi zresztą sam Kaczyński, jakby Krakowskie Przedmieście było jego prywatnym folwarkiem. Te rytuały, kto pierwszy pójdzie siedzieć, kto „poległ”, a kto ledwie pod Smoleńskiem „zginął”, powtarzane są co roku i dopóki PiS było w opozycji, rzecz miała w istocie znaczenie drugorzędne. Teraz brzmi groźnie, bo jest zapowiedzią pogłębiania kolejnego konfliktu. Kaczyński z całą mocą smoleński podział utwardza i wykorzystuje.

Jeśli można mówić o wyjątkowości 10 kwietnia 2016 r., to dlatego, że PiS jest u władzy i tkwi w pułapce, którą samo latami zastawiało, aby budować siłę polityczną, więź emocjonalną z wyborcą, kreować własne legendy, budować mity i powiązania. Jak choćby między stalinowskim katyńskim mordem a lotniczą katastrofą pod Smoleńskiem. Nie może więc obecnie uznać prawdy oczywistej, że mamy do czynienia z jedną z lepiej rozpoznanych katastrof lotniczych, ale przynajmniej powinno, bo prowadzi przecież politykę państwową, zacząć wycofywać się z różnego rodzaju doktryn zamachowych i nieco zbliżyć się do rzeczywistości. Na razie rzecz stanęła w miejscu dość dziwacznym: o zamachu nie mówimy, ale samolot rozpadł się kilkanaście metrów nad ziemią z nieznanych przyczyn. Tę teorię zaczął głosić Antoni Macierewicz, strażnik smoleńskiej nierzeczywistości, ale potwierdził ją mocno przewodniczący specjalnej podkomisji powołanej przez szefa MON dla zbadania przyczyn katastrofy dr. Wacław Berczyński. To on w przeddzień rocznicy zadał cios całej podkomisji, która miała ponoć bezstronnie dążyć do prawdy, oznajmiając właśnie ów stan rozpadu tupolewa kilkanaście metrów nad ziemią. Poszukiwanie prawdy skończyło się więc, zanim się zaczęło, i już wiadomo, że to gremium można traktować jedynie jako grupę amatorów o bujnej wyobraźni spotykającą się przy kawie i ciasteczkach. Kaczyński chce je jednak nadal traktować poważnie, czyli sankcjonować teorie ośmieszające państwowe instytucje, ale służące ściśle partyjnym celom.

Drugą częścią operacji „prawda o Smoleńsku”, która będzie wyznaczać kierunek polityki, ma przeprowadzić prokuratura. I o ile podkomisja Macierewicza większego znaczenia (poza propagandowym) nie ma, to zakończenie ś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]