POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 42-43

Rynek

Joanna Solska

Trudno darmo

Nieubezpieczeni mieli od stycznia leczyć się za darmo. Okazało się jednak, że znaczenie słowa „leczyć” skurczyło się do wizyty u lekarza pierwszego kontaktu. Na koszt lekarza.

Wiemy już, że za leki przepisane przez lekarza nieubezpieczony pacjent będzie musiał zapłacić pełną cenę, „darmowe” leczenie refundacji recept nie obejmuje. Podobnie jak zaordynowanej przez doktora wizyty u specjalisty, nie mówiąc o pobycie w szpitalu. Co więc, poza możliwością rozmowy z lekarzem rodzinnym, naprawdę zyskają nieubezpieczeni? Gwarancję, że za niezapłaconą wizytę w przychodni nie będzie ścigał ich komornik.

Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia, przed kilkoma miesiącami zapowiadał zupełnie co innego. Media szeroko go wtedy cytowały. „Gdy pacjent zgłasza się do przychodni czy szpitala, pierwsze pytanie, jakie słyszy, to nie takie, co panu dolega, tylko czy jest pan ubezpieczony. I to chcemy zmienić”. W jaki sposób? Szef resortu postulował zastąpienie powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego – składek płaconych na Narodowy Fundusz Zdrowia – dostępem do świadczeń dla wszystkich potrzebujących – ogłaszał „Super Express”. Przecież konstytucja dostęp do darmowego leczenia gwarantuje wszystkim obywatelom.

Pękła więc kolejna bańka mydlana? Rewolucja w publicznej służbie zdrowia się zatrzymała? Skoro rząd nie zrobił nawet pierwszego kroku na drodze do zapowiadanej rezygnacji z systemu ubezpieczeniowego na rzecz budżetowego, to co z kolejnymi? Jerzy Gryglewicz, specjalista od zarządzania służbą zdrowia z Uczelni Łazarskiego, wątpi więc już w planowaną od 2018 r. likwidację NFZ.

W praktyce państwo nie tylko nie zrobiło prezentu nieubezpieczonym, ale na nich oszczędza. Wartość świadczeń, udzielanych przez POZ (podstawową opiekę zdrowotną) osobom nieobjętym ubezpieczeniem, wyceniana jest nisko. W ciągu dwóch lat – 2013 i 2014 – od nieubezpieczonych klientów przychodni NFZ usiłował odzyskać 78,8 tys. zł. Zaczynał dopiero wtedy, gdy przekraczały one 100 zł. To zaledwie 0,3 proc. sumy, którą fundusz próbuje odzyskać od nieubezpieczonych za nieopłacone leczenie, zwłaszcza szpitalne. Ministerstwo Zdrowia nie ukrywa faktu, że koszt świadczeń na rzecz osób nieubezpieczonych jest nieistotny z punktu widzenia gospodarki finansowej NFZ. Koszty windykacji są natomiast dużo wyższe. Więc rezygnacja z tych opłat to czysta oszczędność.

eWUŚ ciągle mruga

Symbolem dobrej zmiany w publicznej służbie zdrowia miała się stać likwidacja eWUŚ, elektronicznego systemu weryfikacji uprawnień świadczeniobiorców. Dręczącego zarówno pacjentów, jak i lekarzy. Kiedy po podaniu numeru PESEL pacjenta eWUŚ wyświetla się na czerwono, lekarz dostaje informację, że pacjent nie ma ubezpieczenia. Co może być nieprawdą, bo na przykład pracodawca opóźnił się z zapłaceniem składek albo w systemie zagubiła się matka długo przebywająca na urlopie wychowawczym, choć jak najbardziej uprawniona do bezpłatnej opieki. Więc poprzedni rząd, deklarujący zaufanie do obywatela, zadowalał się oświadczeniem wyświetlającego się na czerwono pacjenta, że ubezpieczenie posiada. Windykator wkraczał do akcji wtedy, gdy NFZ sprawdził, że obywatel kłamie i jednak system naciąga.

Po realizacji zapowiedzi rządu o darmowym leczeniu wszystkich nieubezpieczonych elektroniczny system miał się stać niepotrzebny. Po Nowym Roku okazało się, że eWUŚ mruga nadal. Tyle że teraz na koszt lekarzy rodzinnych. – Przedtem, jak pacjent napisał oświadczenie, że ma ubezpieczenie, przychodnia przez pół roku dostawała za niego pieniądze, tak zwaną składkę kapitacyjną. Wstrzymywano pieniądze, gdy okazywało się, że to nieprawda – tłumaczy kierowniczka warszawskiej przychodni. – Czy teraz mamy leczyć go za darmo? Z nowelizacji ustawy nie wynika, że lekarze rodzinni jakiekolwiek pieniądze za nieubezpieczonych dostaną, o regularnej składce kapitacyjnej nie mówiąc. Więc to przychodnie mają zapłacić za obietnice rządu.

Jeszcze więcej wątpliwości ma Bożena Janicka, szefowa Porozumienia Pracodawców Opieki Zdrowotnej. Cały pakiet pytań przedstawiła ministrowi zdrowia jeszcze w listopadzie, tuż po przyjęciu przez Sejm stosownej ustawy. Janicka do tej pory czeka na odpowiedź. – Jeśli mamy leczyć za darmo, to urząd skarbowy może to potraktować jak darowiznę i od sumy nieotrzymanego przychodu policzyć przychodniom podatek – tłumaczy. Trudno jej też zrozumieć, że znowelizowana ustawa zachęca nieubezpieczonych do pisania kłamliwych oświadczeń, że jednak są ubezpieczeni. – Jeśli pacjent wie, że może kłamać bezkarnie, to nie przyzna się, że jest nieubezpieczony. Każdy woli dostać receptę refundowaną niż pełnopłatną. Kto za to zapłaci, jak się wyda? Znów lekarz?

Ministerstwo milczy, ale pacjenci do przychodni przychodzą. Nie odmawia się im pomocy, choć sami lekarze przyznają, że w razie konieczności zrobienia badań wolą je zalecać, niż zlecać. Czyli – niech je pacjent wykona na własny koszt. Michał Sutkowski z Kolegium Lekarzy Rodzinnych wierzy, że ministerstwo jakoś te wydatki lekarzom rodzinnym wynagrodzi. Minister obiecał przecież, że podstawowa opieka zdrowotna, która obecnie otrzymuje 13,5 proc. środków, jakimi dysponuje NFZ, w przyszłości zwiększy swój udział do 20 proc.

Wątpliwości Porozumienia Pracodawców Opieki Zdrowotnej nie umie też rozwiać NFZ. Fundusz najwyraźniej jednak szuka jakiejś drogi wyjścia. Na jego stronach pojawiły się właśnie wskazówki dla nieubezpieczonych, co powinni zrobić, żeby się ubezpieczyć wstecz. <...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]