POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 30-32

Świat

Łukasz Wójcik

Trywializacja bomby

Pierwszy raz od zimnej wojny o broni jądrowej mówi się bez zahamowań. Tabu bomby zniknęło.

Na początku lutego wskazówki tzw. Zegara Dnia Zagłady (Doomsday Clock) przesunięto o 30 sekund w stronę godz. 12, która ma symbolizować koniec świata z rąk ludzkich. Zegar jest wizualizacją raportów „The Bulletin of the Atomic Scientists”, w których specjaliści oceniają, na ile prawdopodobna jest globalna wojna nuklearna. Zostało do niej – według autorów Zegara – tylko dwie i pół minuty, najmniej od 1953 r. Jako główny powód ruszenia wskazówki specjaliści podają Donalda Trumpa.

Niewątpliwie 45. prezydent USA zrobił wiele na rzecz banalizacji zagrożenia atomowego. Ale nie jest sam – równie niebezpieczną rolę w „rozbrajaniu” tabu wokół broni nuklearnej odgrywa dziś jego geopolityczny vis-á-vis Władimir Putin, co powoduje, że sprawa nabiera wagi globalnej. Bomba nuklearna w retoryce obu panów jest już dziś tylko jedną z bomb, może tylko nieco silniejszą. Putin straszy nią państwa bałtyckie i Polskę, Trump publicznie zastanawia się, gdzie ją zrzucić, żeby pokonać tzw. Państwo Islamskie. Broń jądrowa stała się tematem jak każdy inny. Wąska grupa ekspertów, zwana też atomowymi psychologami, określa to procesem trywializacji bomby.

Jak pisał w latach 90. John Steinbruner, jeden z najbardziej wpływowych psychologów bomby, „w spadku po zimnej wojnie odziedziczyliśmy zwierzęcy wręcz strach przed bronią nuklearną”. Co najmniej od lat 60. i kryzysu kubańskiego amerykańscy i radzieccy liderzy, choć sami nakręcali wyścig zbrojeń, to o tej ostatecznej broni rzadko wspominali. Drzemała sobie gdzieś w silosach i w lukach okrętów podwodnych, a świadomość konsekwencji jej użycia była na tyle paraliżująca, że Jurij Andropow, radziecki gensek z początku lat 80., zabronił ponoć o niej mówić nawet na spotkaniach KC KPZR. A jego rywal, pierwszy kowboj Ameryki Ronald Reagan wielokrotnie podkreślał, że w wojnie atomowej nie będzie zwycięzców.

Jądrowe tabu przetrwało upadek muru berlińskiego siłą rozpędu. Zachodni świat upajał się końcem historii, a broń nuklearna, nieco zapomniana i już niemodna, zaczęła rdzewieć. Amerykanie, a tym bardziej pogrążeni w chaosie transformacji Rosjanie nie mieli do niej ani serca, ani pieniędzy. Ten cud niepamięci na ćwierć wieku zapewnił światu iluzję bezpieczeństwa. Ale ona właśnie się rozwiewa.

1

Słuchając nowego prezydenta USA, nie wiadomo, co jest gorsze: jego ignorancja czy lekkość, z jaką mówi o bombie. Do rangi symbolu urosła już rozmowa telefoniczna, jaką Amerykanin przeprowadził z prezydentem Rosji 28 stycznia. Gdy Putin zasugerował przedłużenie umowy Nowy START o ograniczeniu liczby ładunków nuklearnych, Trump poprosił o przerwę, aby – jak twierdzi Reuters – zapytać doradców, o co chodzi z tym START-em. Pytany o ten układ podczas jednej z debat prezydenckich błędnie nazywał go „START-UPEM” i twierdził – również niezgodnie z prawdą – że pozwala on Rosjanom na budowę kolejnych ładunków i zabrania tego Ameryce. Gdy wrócił do rozmowy z Putinem, powiedział, że to zła umowa i jej nie przedłuży, co oznacza, że po lutym 2018 r. Rosja będzie mogła rozbudowywać swój arsenał do woli.

Kilka tygodni temu Trump powiedział „New York Timesowi”, że broń jądrowa to „największy problem świata”. Ale w trakcie tego samego wywiadu przekonywał też, że więcej państw powinno mieć bombę: „Jeśli już Korea Północna ma być nuklearna, to niech nuklearna będzie też Japonia”. – Jeśli mówisz o bombie, twoje słowa są twoją polityką – przekonuje Daryl Kimball z Arms Control Association. – Trump jest zwolennikiem zasady, że każdy powinien obronić się sam. A jeśli tak, to byłby to odwrót od wieloletniej amerykańskiej praktyki powstrzymywania i rozbrajania innych państw z broni nuklearnej.

Problem w tym, co przyznaje również Kimball, że tak naprawdę nie wiadomo, co Trump myśli o bombie. Podczas jednej z debat we wrześniu ub.r. sam sobie zaprzeczał – najpierw przekonywał, że nigdy nie podejmie decyzji o użyciu broni atomowej jako pierwszy, aby w chwilę później przyznać, że wszystkie możliwości w tej sprawie „pozostają na stole”. Z kolei już po zaprzysiężeniu przekonywał, że Ameryka musi zwiększyć swoje możliwości nuklearne, a poza anteną miał powiedzieć gospodarzowi programu „Morning Joe” w MSNBC: „Niech już będzie ten wyścig zbrojeń”, po czym dosłownie dzień później obiecywał zniesienie sankcji przeciwko Rosji, jeśli ta zgodzi się na dalsze ograniczenie nuklearnego arsenału.

Prezydent USA ma wyłączne prawo do użycia broni jądrowej. Nie musi tej decyzji konsultować ani z Kongresem, ani z najwyższymi władzami wojskowymi. Już podczas kampanii wielu amerykańskich ekspertów wątpiło, czy Trump jest psychologicznie przygotowany na przejęcie kodów nuklearnych. Szczególnie że po drugiej stronie będzie on miał pierwszego rosyjskiego lidera od czasów Nikity Chruszczowa, któ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]