POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 51 (3090) z dnia 2016-12-14; s. 102

Passent

Daniel Passent

Trzymajcie baby z daleka!

Kiedy jesienią 1962 r. przyjechałem na Uniwersytet Princeton, miałem 24 lata i nie posiadałem się ze szczęścia. Jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie stał przede mną otworem – zajęcia, jakie chcę, wykłady, jakie mnie zainteresują, książki i czasopisma bez cenzury, „New York Times”, „Kultura” – czego dusza zapragnie!

Jednego tylko nie było – dziewcząt. Najlepsze uczelnie amerykańskie nie były jeszcze wówczas koedukacyjne. Na najlepszych chłopców (tzw. best boys) czekały Harvard, Princeton, Yale, Stanford i inne. Natomiast elita dziewcząt uczęszczała do swoich college’ów: Vassar, Smith, Sarah Lawrence. Otoczenie, jakie zastałem w Princeton, było całkowicie męskie – żadnych studentek, żadnych wykładowczyń, żadnych profesorek, ba, nawet woźny – Afroamerykanin, który sprzątał nasze jednoosobowe pokoje – był mężczyzną. Takie to były czasy. Wśród chyba setki doktorantów, którzy mieszkali w Graduate College, był tylko jeden Afroamerykanin i ani jednej dziewczyny. Owszem, przybierał na sile ruch przeciwko segregacji rasowej, ale mnie w tym wspomnieniu interesuje płeć, a nie rasa.

Princeton, Harvard i inne uczelnie powstawały na ogół w XVII–XVIII w. i były przewidziane dla mężczyzn. Wykształcenie to była przede wszystkim męska sprawa, a ponieważ uczelnie te prosperowały świetnie, nawet 100–200 lat później ani im w głowie była koedukacja. Oferowały najlepsze wykształcenie, kolegów z najlepszych sfer, najsławniejszych profesorów, więzi do końca życia, siatkę absolwentów wiernych uczelni (niejeden uwzględniał ją w swoim testamencie), którzy się wzajemnie popierali – w nauce, w polityce, w biznesie.

Świat jednak nie stał w miejscu, w latach 60. narastał sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, wobec segregacji rasowej i dyskryminacji, także kobiet. W rezultacie niektórzy „najlepsi chłopcy” przestali zgłaszać się do renomowanych konserwatywnych uczelni. Stare, dobre college’e musiały zacząć myśleć o składzie społeczno-ekonomicznym swoich studentów. Zaczęły dopuszczać myśl, że można by akceptować także najlepszych kandydatów ze szkół publicznych, w tym katolików i żydów, a nawet Afroamerykanów. A co z dziewczętami?

Nancy Weiss Malkiel – jedna z pierwszych kilku profesorek Princeton – w książce „Trzymajcie baby z daleka: walka o desegregację” („Keep the Damned Women Out…”) – pisze, że prawdziwym motywem desegregacji nie były szlachetne intencje, ale sygnały, iż coraz więcej „najlepszych chłopców” nie chce studiować w „klasztorach”, w męskich zakonach. Pierwszą reakcją Princeton i Yale wcale nie była koedukacja. Konserwatywni i wpływowi absolwenci oraz profesura najpierw starali się przybliżać (także w sensie odległości) najlepsze college’e żeńskie do okolic Princeton, New Haven, Bostonu, gdzie mieściła się pierwsza liga męska. W połowie lat 60. na przykład Yale (uczelnia Hillary i Billa Clintonów) usiłował „przybliżyć” żeński Vassar, a Princeton umizgiwało się do elitarnych uczelni dla dziewcząt, Vassar i Sarah Lawrence, namawiając je do przeprowadzki. Męskie college’e dostały jednak kosza i chcąc nie chcąc zaczęły myśleć o koedukacji. Co do mnie, to nie cierpiałem – w Warszawie czekała na mnie dziewczyna, z którą wymieniliśmy ponad sto numerowanych listów – wszystkie doszły!

W 1967 r. znany ekonomista, profesor Gardner Patterson, otrzymał zadanie przygotowania raportu o ewentualnych skutkach przyjęcia dziewcząt do Princeton. Władzom uczelni chodziło o to, czy koedukacja przyciągnie na powrót „najlepszych chłopców”. Dziewczęta miały więc zostać potraktowane instrumentalnie…

Raport Pattersona był oględny i niejednoznaczny. Mało miejsca poświęcał kształceniu kobiet, dużo więcej zajmował się skutkami ewentualnej koedukacji dla uniwersytetu i dla studentów. Pytanie nie brzmiało, czy kobiety potrzebują Princeton, ale czy Princeton potrzebuje kobiet? – pisał. Parafrazując słowa prezydenta Kennedy’ego (wówczas już od kilku lat nieżyjącego), „Nie pytaj, co kobiety mogą zrobić dla uniwersytetu, pytaj, co uniwersytet może zrobić dla kobiet”. Byłoby wstydem dla Princeton, gdyby miał przyjmować kobiety tylko dlatego, że miałoby to sprzyjać interesom studentów – twierdził Patterson. Jednocześnie ostrzegał, że w niektórych dziedzinach profesorowie będą musieli „dołożyć wysiłków, aby zachęcić studentki do uogólnień i spekulacji”. Jerry Horton, dyrektor do spraw rozwoju, był przekonany, że „kobiety zniszczą Princeton”. Matka jednego z absolwentów, w dyskusji o koedukacji, powiedziała, że dziewczęta na pewno dadzą sobie radę, ale „nie zapominajmy, że główne osiągnięcia Princeton związane są z chłopcami”. Patterson zdawał sobie sprawę, że uniwersytet stoi wobec ogromnych zmian roli kobiet w społeczeństwie i w edukacji oraz ich oczekiwań – „ale nie więcej”, zauważa prof. Nancy Malkiel.

Najlepsze uniwersytety, tzw. liga bluszczowa, przyjaźnią się, ale i rywalizują pod każdym wzglę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]