POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 23 (3062) z dnia 2016-06-01; s. 108-113

Na własne oczy

Witold Pawłowski

Twarze do wzięcia

Za podwójnym ogrodzeniem leniwie płynie Eufrat, zmierzając do Syrii i Iraku. Dzieciom z obozu nie przychodzi do głowy, że rzeka może służyć do kąpania.

Syria jest o 40 km stąd, ale nie słychać wystrzałów. Siostra Awada, w tamtym życiu nauczyciela angielskiego, 40-latka, dzwoniła dziś z obozu w Kilis, tuż przy granicy, że tam rakiety daeszowców (bojowników tzw. Państwa Islamskiego) walą na stronę turecką, i że strach. Tu, w Nizipie, można powiedzieć, że jest spokój. Wokół znajomy pejzaż: pagórki i ciągnące się kilometrami gaje oliwne i pistacjowe. Gaziantep, lokalna metropolia, to stolica pistacji i baklawy, każdy w Turcji to powie. Gaziantep ma 1,93 mln mieszkańców plus aktualnie 350 tys. uciekinierów z Syrii. Syryjskich braci – jak ich się tu oficjalnie nazywa. W 130-tysięcznym Kilis jest 130 tys. Syryjczyków plus wielotysięczny obóz. Granica państwowa jest tu stosunkowo świeżej daty, przecięła dawne osmańskie więzy. Każdy z tamtej strony ma jakąś rodzinę po tej stronie. I kiedy przyszła trwoga i już nie szło wytrzymać albo nie było dachu nad głową, przypomnieli sobie o tureckich krewnych. Przynajmniej żeby się gdzieś zaczepić na początek.

Ci bez miejscowych korzeni, zagubieni, chorzy, starzy, mało przedsiębiorczy, gapowaci trafili do obozów. Ten w Nizipie powstał w lutym 2013 r. Używany tu drut kolczasty jest nowoczesny, blaszkowy. Otacza 906 przystosowanych do zamieszkania kontenerów, poustawianych w ulice. Po jednym na rodzinę, czyli tu średnio 6 osób. 21 m kw.: kuchnia, łazienka i pomieszczenie do spania i jedzenia. Z góry, w gorszym świetle, mogłoby się wydawać, że to morskie kontenery czekają w porcie na wielką podróż. Ale jest akurat odwrotnie, kto tu trafi, ugrzązł na dobre, a ostatnio zaczął się psychiczny etap, który można nazwać czasem realizmu. Bardzo wzrosło zapotrzebowanie na naukę tureckiego.

W ciągu tych trzech lat wyjechało z obozu może ze sto rodzin, prawdopodobnie do Europy (nikt się tym przecież na odjezdnym nie pochwali) – i ślad po nich zaginął. Choć obiecywali, że się odezwą i opowiedzą. To może już lepiej zostać? Przez moment była nadzieja, żeby wrócić do siebie. Ale po rosyjskich bombardowaniach Aleppo i ofensywie sił reżimowych już widać, że to mrzonki. Nie ma dokąd.

Do administracji ciągle zgłaszają ludzie z obozu z pytaniem, czy nie zwalnia się jakiś kontener. Zapisują się na liście oczekujących. Bo czasami obóz pozwala odtworzyć rozbitą, pokawałkowaną rodzinę. To znaczy to, co z niej zostało. Awad, po telefonie od brata, dawniej taksówkarza, który tu wcześniej zamieszkał, miał 24 godziny, żeby się zameldować w Nizipie. Kolejka chętnych już czekała. Zabrał żonę i trójkę dzieci, zostawił w Aleppo grób syna (który zginął pod gruzami ich zielonego domu). Siostrę ma w Kilis, nie za daleko, często do siebie dzwonią – i w zasadzie są w komplecie.

Choć nie ma chyba rodziny, która by po drugiej stronie kogoś nie straciła. To może nie jest dramatyzm opowieści wywracających się na morskich falach łódek, unoszących się na wodzie kapoków, dziecięcych zwłok na plaży, tragizmu, który staniał. Ale opowieści lądowe są też niczego sobie. Nahle straciła męża i trzech synów, a wszystko to wyszło na jaw dopiero podczas skupiających panie w chustach zajęć z szycia, które zostały pomyślane jako nauka zawodu i dorabiania, a stały się zbiorową terapią. Szyje się, opowiada i znajduje zrozumienie. Albo taka sytuacja: cała rodzina wyjeżdża, a zostaje syn, który walczy w FSA, Wolnej Armii Syrii. Ginie, a oni są już tutaj, nie mogą być na pogrzebie, nie widzieli grobu. Ale ogólnie, kiedy pojawiają się wątki polityczne, kto za Asadem, a kto przeciw, albo co sądzi o Daesz, to takie pytania nagle gubią się w tłumaczeniu.

Po trzech latach zrobiło się z tego małe miasteczko. Mamy dzielnice według domowych podziałów: tu Arabowe, tu Kurdowie, Ormianie, Turkmeni, Czerkiesi (których chciała wydobyć z obozu ambasada rosyjska i wysłać do siebie, ale nic z tego nie wyszło), oddzielnie sunnici i alawici. Wszystko jak u siebie. Syryjscy lekarze w obozowej przychodni (zwłaszcza kobiety długo domagały się, żeby to byli Syryjczycy), syryjscy nauczyciele w szkole, wszystko to siły uchodźcze, i trzech syryjskich imamów w obozowym meczecie. Dwóch synów Awada chodzi codziennie po szkole na godzinę do meczetowej szkółki imama. Ciekawe, jak im uporządkuje głowy?

Od początku było postanowione, że szkoła będzie kontynuowana według syryjskiego programu, te same klasy i podręczniki. Tak aby to był tylko krótki interwał, a później wszystko wróci do normy. Ale już widać, że nie wróci, rośnie pokolenie, które poza obozowym nie pamięta innego życia. A w przedszkolu jest już to urodzone w obozie. Tu widać, jak stopniowo zmienia się koncepcja: tureckie wyliczanki i piosenki ogólnie chwalące gospodarzy. W szkole też dwa języki zaczynają się splatać, bo ta młodzież jest do wzięcia i zagospodarowania. Jeśli tu zostanie, i nawet kiedy wróci do siebie. Odrobina wyuczonego patriotyzmu spod znaku czerwonej flagi z białym półksiężycem i gwiazdą jeszcze ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • [Aleppo - mapa]

    [Aleppo - mapa]