POLITYKA

Niedziela, 25 czerwca 2017

Polityka - nr 27 (2712) z dnia 2009-07-04; s. 76-77

Świat

Wawrzyniec Smoczyński

Unia hydraulików

Rozmowa z Davidem Milibandem, ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii

Wawrzyniec Smoczyński: – Pana rodzina pochodzi z Polski, razem z bratem zasiadacie w jednym rządzie… Czy to nie budziło żadnych skojarzeń u brytyjskich wyborców?

David Miliband: – (śmiech) Nie wiem, nie pomyślałem o tym… Nie mamy systemu prezydenckiego, to pomaga uniknąć niezręcznych sytuacji.

To pana pierwsza wizyta w Polsce. Odwiedził pan jakieś miejsca związane z rodziną?

Tak, spotkałem się z inicjatorami Muzeum Historii Żydów Polskich, byłem też na cmentarzu żydowskim w Warszawie, gdzie leżą niektórzy z moich przodków.

W Teheranie trwają protesty po wyborach prezydenckich. Czy nie sądzi pan, że zachodni politycy powinni wyraźniej opowiedzieć się po stronie demonstrantów?

Nie wskazaliśmy zwycięzcy, bo prawda jest taka, że go nie znamy. Wiemy i powtarzamy trzy rzeczy: po pierwsze, że wybór irańskich władz należy do Irańczyków; po drugie, że duża część irańskiego społeczeństwa, w tym trzech z czterech kandydatów, wyraziła poważne wątpliwości co do wyniku wyborów, które muszą zostać rozpatrzone, i po trzecie, że na irańskim rządzie ciąży obowiązek ochrony jego własnych obywateli. Dlatego ubolewamy z powodu przemocy, do której doszło po wyborach. Stanowczo odrzucamy retorykę władz irańskich, oskarżającą obce rządy o wzniecanie demonstracji, ale to nie oznacza, że będziemy siedzieć cicho.

Ale prezydent USA nie spieszył się z poparciem dla protestujących. Nie chciał zrazić sobie reżimu, z którym chce negocjować rozbrojenie atomowe. Czy nie jest tak, że Zachód nie potrafi wybrać, co jest dla niego ważniejsze: rozbrojenie czy demokracja?

W moim odczuciu wygląda to inaczej. Wybór tego, kto rządzi w Iranie, nie należy do nas. My, Brytyjczycy, już to znamy, mamy za sobą nieszczęśliwą historię w tym obszarze. Chcemy rządu, który będzie szanował prawa człowieka, normy demokratyczne, ale także takiego, który podejmie swoje zobowiązania międzynarodowe. Stawaliśmy w obronie pierwszych dwóch zasad na długo przed obecnym kryzysem, nie tylko publikując nasz coroczny raport o przestrzeganiu praw człowieka, ale także nagłaśniając przypadki ich łamania. Ale zważywszy na przeszłość, nie możemy pozostawić cienia wątpliwości, że obecne protesty to sprawa wewnętrzna.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to zaskakująca powściągliwość jak na kraj, który jeszcze kilka lat temu siłą „zmieniał reżim” w sąsiednim kraju.

Powiedzenie, że dany kraj musi wypełnić swoje zobowiązania, to według mnie mocne słowa, zwłaszcza gdy odnoszą się do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia.

Czy hipotetyczna zmiana władzy w Iranie zbliżyłaby nas do tego celu?

Możliwe są oba warianty – zarówno utrzymanie, jak i rezygnacja z programu atomowego. Spór, który toczy się w Iranie, nie dotyczy programu atomowego, to wewnętrzna debata nad tym, dokąd ma zmierzać irańskie społeczeństwo i gdzie spoczywa władza.

Pana rząd, będący przedłużeniem gabinetu Tony’ego Blaira, uruchomił właśnie dochodzenie w sprawie interwencji w Iraku. Dlaczego?

Zawsze mówiliśmy, że gdy żołnierze wrócą do domu, powinniśmy wyciągnąć lekcję z tej wojny. To daje poczucie zamknięcia, zwłaszcza gdy niezależna grupa ludzi podejmuje intensywną, głęboką analizę takiej decyzji.

Ale dlaczego dochodzenie jest tajne?

Zamknięte będą te części, które są związane z bezpieczeństwem narodowym. Przewodniczący komisji sam podejmie decyzję, co będzie jawne, a co tajne.

Czy pan sam zmienił zdanie w sprawie interwencji w Iraku?

Nie. Poparłem stanowisko rządu w marcu 2003 r. Dziś wszyscy wiemy, że wygranie pokoju okazało się znacznie trudniejsze niż wygranie wojny. To jeden z powodów, dla których obecne dochodzenie będzie takie ważne: musimy wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. Ze swoich podróży do Iraku wiem, że bilans tej wojny jest niejednoznaczny. Gdy ostatnim razem byłem w Basrze, podszedł do mnie mężczyzna i powiedział: „mam dziś swobodę myślenia, której nigdy wcześniej nie miałem”. Z drugiej strony są ludzie, którzy stracili bliskich.

A straty polityczne? Warto było?

Trzeba robić to, co uważa się za właściwe. Gdy zaczynamy gonić opinię publiczną, zwłaszcza w kwestiach polityki zagranicznej, wpadamy w kłopoty.

Barack Obama jedzie do Moskwy 6 lipca. Co może zaproponować Rosji, by wyjść jej naprzeciw, nie wystawiając na szwank swoich wartości?

Cokolwiek zaproponuje, musi to być zgodne z zasadą, że nie ma powrotu do stref wpływów. Trzeba nakłonić Rosję, by dotrzymała ustaleń z rozmów Sarkozy–Miedwiediew [ws. Gruzji – przyp. red.] ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

David Miliband – (ur. 1965 r.). Bliski współpracownik Tony’ego Blaira był współautorem manifestu Nowej Partii Pracy, a po wygranych wyborach został głównym planistą reform. W latach 2001–2005 zajmował różne stanowiska ministerialne, a po przekazaniu teki premiera Brownowi w 2007 r. awansował na szefa dyplomacji.

Rok temu próbował przejąć przywództwo w Partii Pracy, ale się z tego wycofał, a w czasie ostatniego kryzysu rządowego, związanego z wydatkami poselskimi, poparł Browna, zapewniając jego rządowi przetrwanie. Ed, młodszy brat Davida, jest ministrem ds. środowiska w tym samym rządzie.

Wszyscy dziadkowie Milibandów urodzili się w Warszawie – rodzice ojca wyjechali do Belgii w okresie międzywojennym, matka przeżyła okupację niemiecką w ukryciu, po czym wyemigrowała do Wielkiej Brytanii w 1946 r. Ojciec został później znanym teoretykiem marksizmu.