POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 20-23

Kraj

Ewa Winnicka

Użyteczne psychopatie

Rozmowa z płk. dr. med. Janem Wilkiem, naczelnym psychiatrą wojskowym, o tym, jak i po co z przeciętnego człowieka robi się żołnierza (i odwrotnie)

Ewa Winnicka: – Po śmierci kapitana Daniela Ambrozińskiego w Afganistanie za oskarżeniami wobec rządu, że polskie wojsko ma słaby sprzęt, poszły wyznania żołnierzy, że ostrzały ich przerażają, jedzenie jest niedobre, trzeba samemu zadbać o dobre buty. Czy nasi żołnierze są zbyt słabi psychicznie? A może człowiek mieszczący się w psychicznej normie w ogóle nie nadaje się na żołnierza?

Jan Wilk: – Żołnierz musi być psychicznie zdrowy, bo choroba wyklucza kontakt z rzeczywistością. Jeśli jednak żołnierz na wojnie reaguje jak przeciętny zdrowy psychicznie człowiek, naraża na niebezpieczeństwo siebie i swoich towarzyszy. Musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.

Jakie to cechy?

Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom i hierarchia wartości nakierowana na wykonanie zadania. Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. I musi być zdolny do ponownego wykonania tego zadania. Pilot zrzuca bombę i zabija setki ludzi, ale następnego dnia leci znowu.

 

Żołnierz: skrzywiony użytecznie

 

Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?

W psychiatrii nazywa się to psychopatyzacją zawodową albo społecznie użyteczną. Chodzi o to, żeby w miarę możliwości przemodelować człowieka przy użyciu metod psychotechnicznych. Również po to, by zminimalizować negatywne skutki urazów psychicznych. Przede wszystkim żołnierz musi zacząć myśleć i reagować kategoriami grupy. Te same mechanizmy dotyczą policjantów i strażników więziennych, słuchaczy w seminariach duchownych czy nowicjuszy w zakonach, choć wartości i cele oczywiście się różnią.

Czy każdego chętnego można skutecznie spsychopatyzować?

Nie każdego. Kandydat powinien być młody. Na studia wojskowe przyjmowano kiedyś osoby tylko do 24 roku życia, do służby zawodowej – do 32. Do wojska nie nadają się także ludzie pierwotnie zaburzeni osobowościowo.

Bo to zaburzenia inne niż te, których potrzebuje armia?

Oczywiście. Zaburzony pierwotnie nie ma poczucia odpowiedzialności za innych, za grupę. Kieruje się tylko doraźnymi potrzebami, więc zawiedzie w najmniej oczekiwanym momencie.

Psychopatia to jedyna przeszkoda?

Nie przyjmuje się żadnych „patii”, np. charakteropatów, czyli osób uszkodzonych mózgowo. Ci z kolei nie wytrzymują napięcia. Charakteropata odczuwa wszystko tu i teraz, błyskawicznie reaguje emocjonalnie, wzburza się w sekundzie i szybko wypala. Nie chciałaby pani pójść z kimś takim na akcję bojową.

Czy każdy jest w stanie znieść wojskową urawniłowkę, czyli odebranie indywidualności?

Nigdy nie da się całkiem odindywidualizować człowieka. Ale ja bym nie demonizował wojskowej unifikacji. To jest przecież zdrowa demonstracja: jesteśmy sobie równi, bo mamy te same fryzury, uniformy, broń i żołd. Obowiązują nas te same zasady zachowań i odpowiedzialności. Unifikacja służy spoistości i identyfikacji jednostki z grupą, co wzmacnia poczucie bezpieczeństwa na froncie. Stąd tak mordercze selekcje i szkolenia np. marines.

 

Dowódca: wolność scedowana

 

A całkowite podporządkowanie dowódcy? Przeciętny człowiek słabo to znosi, wręcz instynktownie próbuje się wyrwać spod zbyt intensywnej kontroli szefa.

Dowódca jest kluczową postacią. Niepodobny do przełożonego w biurze, który po 16.00 idzie do domu i może mieć rację albo nie mieć. W wojsku dowódca jest z podwładnymi całą dobę, musi podporządkować sobie grupę, wymagać, a jednocześnie być absolutnym wzorem do naśladowania. Wszystko, czego wymaga od podwładnych, musi umieć wykonać sam. Potrafi zmotywować żołnierza, dać mu poczucie bezpieczeństwa w grupie. Srodze ukarze, jeśli trzeba, ale sprawi też, że ukarany żołnierz będzie chciał jeszcze lepiej wykonać zadanie. Pochyli się nad osobistymi problemami pojedynczego żołnierza i pomoże je rozwiązać. Musi być ojcem i matką zarazem; dowódcą, arbitrem i opiekunem. Po prostu samcem alfa w stadzie.

Po czym poznać dobrego dowódcę?

Po dokonaniach jego żołnierzy i ich nastrojach. Dopiero w warunkach bojowych okazuje się, kto jest dobrym dowódcą. Trudna sytuacja bojowa: zabijanie, stres, niewygoda, to są również świetne warunki do scementowania grupy. Żołnierz musi mieć świadomość, że może zostać zabity lub ranny, ale musi też mieć pewność, że towarzysze nie zostawią go samego sobie, a pomoc nadejdzie w najkrótszym możliwym czasie.

Myśli pan, że nasi żołnierze mają takie przekonanie?

Powiem tylko, że okoliczności śmierci kapitana Ambrozińskiego w Afganistanie są teraz wśród fachowców w wojsku mocno analizowane.

Jakie są procedury, gdy ginie czł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Płk dr Jan Wilk ur. 1965 r. Absolwent Wydziału Filozofii na Uniwersytecie Łódzkim i medycyny w Akademii Obrony Narodowej. Przez 10 lat był lekarzem wojskowym, w tym w jednostce rozpoznania. Pracował też w grupie rozjemców przy ONZ. Przebywał na misjach wojskowych w Iraku, Afganistanie i na Bałkanach. Jest kierownikiem Kliniki Psychiatrii 10 Szpitala Wojskowego w Bydgoszczy. Od 2007 r. także naczelnym psychiatrą wojskowym.