POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 28 (2713) z dnia 2009-07-11; s. 76-78

Świat

Paweł Świeboda

Verdun 2009?

Prezydent Sarkozy w uroczystym przemówieniu w Wersalu powiedział, że Francja nie zamierza zaciskać pasa. Niemcy przeciwnie – zapowiadają twardą walkę z deficytem. Tego w ramach Unii nie da się pogodzić.

Francja i Niemcy zdecydowały się ostatecznie pójść własnymi drogami. Potencjalnie ma to większe znaczenie dla przyszłości Europy niż osławiony traktat lizboński. Niemcy weszły na ścieżkę ostrego ograniczenia publicznego zadłużenia, a Francja zadeklarowała ustami swego prezydenta, że ważniejszy jest francuski model społeczny. Zaczyna się przeciąganie liny, które nieuchronnie zakończy się wywieszeniem przez kogoś białej flagi.

Większą – od paryskiej – wagę gatunkową ma decyzja Berlina o wprowadzeniu poprawki do konstytucji niemieckiej, która wymaga, aby od 2016 r. rząd federalny zmniejszył deficyt budżetowy do przynajmniej 0,35 proc. PKB. Od 2020 r. niemieckie państwa związkowe w ogóle nie powinny mieć deficytu. Oznacza to, że priorytetem Niemiec będzie w najbliższych latach stabilność budżetowa. Kryzys, nie kryzys, trzeba oszczędzać.Mamy więc gotowy scenariusz krwawego starcia politycznego.

W jakimś sensie Niemcy zadecydowały za całą Europę, bo to, co się dzieje w największej europejskiej gospodarce, ma kolosalny wpływ na sytuację w całej Unii, a już zwłaszcza w strefie euro.

Niemcy przesadzili na swój sposób. Umieszczenie w Konstytucji zapisu o wyeliminowaniu deficytu budżetowego nie było żadną koniecznością. Ani Niemcy, ani Francuzi nie konsultowali się z innymi partnerami w sprawie przyjętych przez siebie założeń strategicznych. Jedni i drudzy dokonali wyborów czysto politycznych.

Oczywiście, przy ocenie tej fundamentalnej rozbieżności w Unii trzeba spojrzeć trzeźwiej na same manewry polityczne naszych głównych partnerów. Prezydent Nasser, który rządził Egiptem w latach sześćdziesiątych, zapytany kiedyś przez kierowcę, z której strony ma podjechać do miejsca ważnego spotkania politycznego, odpowiedział „daj kierunkowskaz w lewo i skręć w prawo”. W czasach kryzysu gospodarczego coraz więcej przywódców stosuje podobny zabieg: kierunkowskaz leci najczęściej na prawo, ale sam manewr wykonywany jest lub będzie w lewo.

Prezydent Sarkozy zachował się podobnie w Wersalu przed połączonymi izbami francuskiego parlamentu 22 czerwca (takie spotkanie ostatnio zdarzyło się przed kilkudziesięciu laty). Mówił, że trzeba zrobić wszystko, co możliwe, aby jak najszybciej zakończyć kryzys gospodarczy, zagwarantować stabilność systemu bankowego oraz zapewnić ochronę najbardziej narażonym na ryzyko obywatelom, w tym poprzez wsparcie finansowe zagrożonych miejsc pracy. Nie zostawił suchej nitki na dotychczasowym przebiegu globalizacji, nazywając go antagonistycznym, skupionym na tym, aby pozyskać rynki i miejsca pracy innych. Przeciwstawił go modelowi kooperacji, w ramach którego każdy produkuje i konsumuje więcej, co prowadzi do połączenia postępu ekonomicznego z postępem społecznym. Zdaniem Sarkozy’ego, trzeba jak najszybciej doprowadzić do zamiany jednego modelu na drugi, a korekty poszukiwać w poprawie jakości systemu edukacji, opieki zdrowotnej, badań, usług publicznych, ochrony socjalnej oraz infrastruktury.

Największe emocje wzbudził jego apel o radykalne przemyślenie systemu gospodarczego. „Nie możemy być świadkami tego rodzaju katastrofy bez podania w wątpliwość idei, wartości i decyzji, które do niej doprowadziły”. Słowa godne rasowego rewolucjonisty! Zawierają w sobie sporą dawkę patosu. Ale przecież brzmią mało realistycznie dziś, w sytuacji bardzo trudnej, kiedy wszyscy koncentrują się na wychodzeniu z ekonomicznej opresji.

Z drugiej strony jednak Sarkozy jest pierwszym politykiem, który próbuje wyciągnąć dalej idące wnioski z trwającego kryzysu. Oczywiście w wydaniu francuskim refleksja ta ma silne narodowe zabarwienie. Sarkozy uważa francuski model gospodarczy za przyszłość globalizacji, mówiąc, że „oczywiście, przez trzydzieści lat francuskie wartości znajdowały się w opozycji do tych, które zdominowały globalną gospodarkę i globalną politykę”.

Teraz kryzys ma być dla Francji szansą, aby przywrócić rolę gospodarki jako czynnika wsparcia dla jednostki, a nie odwrotnie. Receptą ma być odejście od myślenia opartego w sposób doktrynalny na mechanizmach rynkowych, uregulowanie globalizacji oraz rynków. Zmianie tej będą sprzyjały zarówno rewolucja w obszarze ochrony środowiska, jak i rewolucja cyfrowa, które przekształcą modele konsumpcji i produkcji. Jednym słowem, w ostatnich latach zbyt duży nacisk położono na kapitał finansowy, który generował gigantyczne zjawiska spekulacyjne. Teraz w centrum uwagi powinni być przedsiębiorcy, wynalazcy, twórcy, a więc tym samym produkcja dóbr i usług.

Sarkozy jednak nie byłby Francuzem, gdyby w tych rozważaniach poprzestał na gospodarce. Stawia pytanie, czy Francja nie odeszła przypadkiem za daleko od zasad republikańskiej równości, oznaczających postęp społeczny oparty na indywidualnych talentach i osiągnięciach – do egalitaryzmu, który sprowadza się do przyznania wszystkim tego samego. „Republika ciągnie wszystkich do góry, egalitaryzm wyrównuje wszystkich w dół” – mówił. Obecny system zamiast tworzenia równości produkuje nierówność.

Podbierając hasła swoim lewicowym rywalom, Sarkozy głosi, że aby osiągnąć równość, trzeba dać więcej tym, którzy mają mniej. Za ryzyko uznaje formę nietolerancji, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]