POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 42 (2727) z dnia 2009-10-17; s. 62-63

Kultura

Mirosław Pęczak

W biegu

Coraz częściej słuchamy muzyki albo nagranych książek jadąc metrem albo samochodem. Zjawisku „kultury transportowej” warto przyjrzeć się uważniej.

Terminu „kultura transportowa” użył prof. Wojciech Burszta podczas panelu na ostatnim Kongresie Kultury Polskiej. Panel dotyczył codzienności, a główna teza wypowiedzi profesora była taka, że Polacy nie traktują kultury wyłącznie w kategoriach odświętnych, ale często konsumują jej treści czysto użytkowo, bez celebry. Co więcej, takie nastawienie generuje podaż rozmaitych produktów, które umożliwiają bądź ułatwiają korzystanie z kultury niejako przy okazji. Widzimy to w pociągu, samolocie, na ulicy.

W przygotowanym przez zespół prof. Burszty „Raporcie o stanie i zróżnicowaniach kultury miejskiej” czytamy: „Rewolucja kulturowa już się dokonuje: nie tylko uczestnictwo, lecz i samo środowisko kulturowe się zmienia. Nowym zjawiskiem jest m.in. kultura transportowa, której symbolem mogą być zadarte w kierunku ekranu, zasłonięte prasą lub książką, zaopatrzone w słuchawki głowy pasażerów warszawskiego metra lub podmiejskich pociągów”. Zauważyli to już twórcy reklam. Na eksponowanych na warszawskim Dworcu Centralnym plakatach reklamujących usługi kolei między Warszawą a Wrocławiem mamy stacje: „gazeta, drzemka, Internet, książka”. Zwyczaj czytania w środkach transportu słusznie uważamy za oczywisty.

Pogardliwy termin „literatura wagonowa” używany był już przed wojną. Nie przypadkiem. W latach 30. ubiegłego wieku niemieckie wydawnictwo Albatross, a za nim brytyjskie Penguin Books weszły na rynek z książkami w miękkich okładkach. Od tej pory książka stała się nie tylko tańsza, ale można było ją wygodnie czytać również w podróży, na przykład w pociągu. W połowie lat 30. na londyńskim dworcu Victoria księgarnie i stragany oferowały już niemal wyłącznie tego typu książki, zaś niedługo później Amerykanie wprowadzili odpowiednio zmniejszony format i pojawiła się „książka kieszonkowa” (pocket book).

Amerykański pomysł wziął się z prostej obserwacji. Zauważono mianowicie, że podróżujący metrem przeglądają prasę, ale sporo kłopotu sprawia im kartkowanie zbyt dużych stron gazet i czasopism. Lepsza jest oczywiście książka, trzeba było tylko dostosować jej wielkość do sytuacji. Książkę zmniejszono, faktycznie można ją było zmieścić w kieszeni. Francuski socjolog literatury Robert Escarpit w swojej „Rewolucji książki” dostrzegł w tym przełom cywilizacyjny: lektura przestała być czynnością wyodrębnioną z rytmu dnia, stała się za to poręcznym źródłem rozrywki.

Dziś książka jest jednym z wielu źródeł rozrywki, no i – jak widzimy – stanowić może część wyposażenia człowieka podróżującego. Ważna uwaga: pierwsze książki kieszonkowe dokładnie wypełniały definicję „literatury wagonowej” jako czytadła dla niewybrednych: w USA najpopularniejszymi książkami w miękkich okładkach były wszak krwawe kryminały Mickeya Spillane’a. Teraz w trakcie podróży czyta się wszystko.

Książki się czyta albo się ich słucha, jesteśmy bowiem świadkami kolejnej zmiany poszerzającej repertuar kultury transportowej.

Oto coraz większą popularność zyskuje tak zwana książka mówiona, czyli audiobook. Takie książki nagrywa się w Polsce od lat 60. i początkowo adresowano je głównie do niewidomych. Teraz są sprzedawane również w formacie MP3, przez co stały się wygodnym umilaczem podróży. Wartość amerykańskiego rynku audiobooków przekroczyła już milion dolarów i stale rośnie. U nas książki takie coraz częściej kupuje się do odtwarzaczy samochodowych.

Oferta audiobooków, obok klasyki, obejmuje też bestellery i nowości, w Polsce swoje powieści wydaje w tej formie m.in. Michał Witkowski. Można powiedzieć, że tym, czym na rynku książki był paperbackpocket book, na rynku muzyki stał się walkman, którego kontynuatorami są dziś odtwarzacz MP3 i iPod. Mobilne źródło dźwięku rzeczywiście dokonało rewolucji w latach 80. Walkman, wypuszczony na rynek w 1979 r. przez firmę Sony, całkowicie wyrugował przenośne magnetofony kasetowe. Był nie tylko wygodniejszy, ale oferował też lepszą jakość dźwięku. Co najważniejsze jednak – wpłynął na kulturową codzienność. Muzyka mogła odtąd towarzyszyć nam przy każdej niemal czynności. Po walkmanie przyszedł discman (mobilny odtwarzacz płyt kompaktowych), a wreszcie MP3.

Dziś odtwarzacz MP3 jest używany powszechnie: podczas spaceru, joggingu, jazdy rowerem, podróżowania po mieście i na długie dystanse.

O ile walkman dokonał przełomu w sferze okoliczności, w jakich słucha się muzyki, o tyle odtwarzacz MP3, zachowując wszelkie walory swojego analogowego protoplasty, zrewolucjonizował stosunek odbiorcy do odbieranych treści. Otóż każdy użytkownik MP3 nie tylko może swobodnie komponować zawartość pamięci swojego odtwarzacza, ale może również korzystać z nagrań, które są trudno dostępne albo wręcz niedostępne na płytach kupowanych w sklepach muzycznych. Obieg muzyki dzięki Internetowi jest dziś niejako poza kontrolą, co z jednej strony oś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]