POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 32 (3122) z dnia 2017-08-09; s. 30-31

Społeczeństwo

Piotr Pytlakowski

Wakacje na ulicach

Z ulic znikli zbuntowani. Z perspektywy władzy: już się wypaliło. Z perspektywy ulicy: odpoczywamy.

Lipcowe protesty trwały ponad tydzień. Tłumy przed Sejmem, Pałacem Namiestnikowskim, Sądem Najwyższym i sądami w ponad 200 miastach. Palenie świeczek, skandowanie haseł o demokracji i wolnych sądach. A potem prezydenckie dwa weta i entuzjazm na ulicach. KOD ogłosił zwycięstwo i ustami swoich liderów wezwał do zawieszenia buntu. Place przed sądami zaczęły pustoszeć.

Kiedy SN w trzyosobowym składzie zawiesił sprawę Mariusza Kamińskiego, entuzjazm zgasł jak świeczka. Ulica nie zrozumiała werdyktu, a sędziowie nie potrafili swojego orzeczenia jasno i zrozumiale uzasadnić. Domaganie się wolności dla sądów w tej sytuacji utraciło jakikolwiek sens.

Politycy pojechali na wakacje. Prezes PiS zaszył się w Borach Tucholskich, a jego uliczni przeciwnicy jeszcze w małym gronie pogardłowali przed opustoszałą siedzibą PiS na ulicy Nowogrodzkiej, aby też uznać święte prawo do kanikuły.

Kiedy z okazji rocznicy powstania warszawskiego zademonstrowali swoją siłę zwolennicy Obozu Narodowo-Radykalnego, nikt, poza nieliczną grupką Obywateli RP, nie stanął im na drodze. Te bojowe i głośne tłumy sprzed kilku dni gdzieś znikły. Owszem, na Facebooku gromko komentowano, że marsz ONR to skandal, że trzeba zdelegalizować, że faszyzm nie przejdzie. Ale w realu faszyzm przeszedł, a demokratów nagle jak na lekarstwo.

Przegryzę ci aortę!

Stereotyp członka ONR: czarna koszula, wrzaskliwość i „raz sierpem, raz młotem…”. A do tego symbole Falangi, celtyckie krzyże i rzymski salut. 1 sierpnia Alejami Jerozolimskimi idą w kilkutysięcznym tłumie czarne koszule, dyszą nienawiścią, wrzeszczą, wyciągają pięści. To już nie jest stereotyp, to rzeczywistość. Tego samego dnia w Białymstoku prezydent miasta Tadeusz Truskolaski słyszy hasła oenerowców, kwalifikuje je jako mowę nienawiści i decyduje o rozwiązaniu tamtejszego marszu. Wykazuje się odwagą.

Za to pani prezydent Warszawy nie słyszy mowy nienawiści. ONR maszeruje bez przeszkód. Jedynie uczestnicy ruchu Obywatele RP próbują się przeciwstawić. Wyciągają banery z hasłami o faszyzmie i wstydzie, idą chodnikiem obok marszu. Słyszą obelgi i groźby, ktoś z tłumu rzuca w ich kierunku puszkę z piwem, ktoś próbuje wyrwać baner. Policjanci dostają rozkaz, aby uniemożliwić Obywatelom RP dalszą wędrówkę. Przypierają ich do muru budynku. Używają siły fizycznej.

Zwolennik ONR: – Nie jesteśmy faszystami, tylko nacjonalistami! I jesteśmy z tego dumni. Mężczyzna, który niesie na barana kilkuletniego chłopca, pokazuje mu ludzi z banerami Obywateli RP: – Patrz synku, tak wyglądają komunistyczne kanalie, czerwone świnie. Zapamiętaj!

Podchodzi do niego pan w okularach i pyta: – Czy ma pan świadomość, że uczy pan swojego synka nienawiści?

– Podejdź jeszcze bliżej, a przegryzę ci aortę – syczy wściekły facet, a jego dzieciak wydaje się zachwycony odwagą tatusia.

Na placu Krasińskich, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej wiecowano w obronie sądów, brunatni świętują. U zbiegu Miodowej i Długiej kilkadziesiąt osób otoczonych gęstym szpalerem policjantów protestuje pod dużym banerem o zhańbionej przez ONR Warszawie. Jest wśród nich uczestnik powstania warszawskiego, profesor politologii z Uniwersytetu Teksaskiego Zbigniew Kruszewski. Opowiada o powstańczych losach, a zza policyjnego kordonu oenerowcy zagłuszają go, wrzeszcząc o komunistycznych złogach i czerwonej hołocie.

Gdzie ci warszawiacy, tak tłumnie zapowiadający w mediach społecznościowych odpór nacjonalistom spod znaku ONR? Opalają się nad Wisłą i popijają drinki na pl. Zbawiciela. Gdzie ci młodzi, których liczny udział w lipcowych protestach uznano za przełom? Tu ich nie ma. Są za to ich rówieśnicy w czarnych koszulach.

Wstyd i hańba!

Lipcowe protesty robiły wrażenie. Determinacja uczestników, emocje, masowość. – To będzie efekt kuli śnieżnej – cieszył się jeden z prominentnych działaczy Komitetu Obrony Demokracji. – Tego nie da się już wyhamować.

Po kilku dniach jeden z protestujących przed Sejmem spytał, gdzie jest KOD? I usłyszał, że tego ruchu już tu nie ma. Faktycznie, sprzed Sejmu wyprowadziła się kodowska scena, z której przemawiali liderzy. Ale ludzie ze znaczkami KOD na ubraniach wciąż tam byli. Tylko wydawali się nieco zagubieni.

Żyjemy wśród wygodnych mitów. Nie jest bowiem prawdą, że kuli śnieżnej ulicznego buntu nie da się zatrzymać, podobnie jak przesadzone są wieści o śmierci KOD. Ale faktem jest, że ten ruch społeczny przechodzi silny kryzys. Jak na niecałe dwa lata istnienia, przeżył dwa fenomeny. Pierwszy, kiedy ludzie skrzyknęli się na fejsie i od razu wyciągnęli na ulice wielotysięczne rzesze. Drugi, kiedy po krótkim czasie działacze stowarzyszenia skłócili się i stanęli po przeciwnych stronach. Ta wojenka trwa do dzisiaj i pokazuje, że polskie piekiełko dotyczy każ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]