POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 94

Felietony / Passent

Daniel Passent

Warkocz

Gdyby panowały dobre obyczaje, ministrowie Błaszczak i Zieliński, odpowiedzialni za policję, złożyliby publiczne podziękowania telewizji TVN24 za ujawnienie bestialstwa wobec Igora Stachowiaka na komendzie we Wrocławiu oraz zmowy milczenia w resorcie wokół tego skandalu. Teraz, po roku z okładem od tamtej zbrodni, podobno policja się oczyszcza. Spadają głowy wszystkich, tylko nie ministrów B. i Z. Dobre obyczaje wymagają, żeby podziękować temu, kto pierwszy pokazał gangrenę, czyli TVN24. Panowie Błaszczak i Zieliński powinni przynajmniej posypać confetti budynek TVN, a nieustraszony reporter Wojciech Bojanowski zasługuje na diamentową pałkę, jedwabne kajdanki lub inną nagrodę resortową. Gdyby nie oni, to prowadzona dziś z wielkim hukiem „dobra zmiana” w policji dreptałaby w miejscu tak jak dotychczas.

Kilka dni temu oglądaliśmy pokazówkę policji w Lublinie, gdzie policjant (w obecności kompanów) użył swojego prywatnego (!) paralizatora wobec podpitego obywatela Francji. (To nasza odpowiedź na antypolskie wybryki prezydenta Macrona). Wyobraźmy sobie sytuację odwrotną, że to francuscy policjanci „biją naszego”. Dopiero podniósłby się rwetes! Tym razem w Lublinie nie czekano rok z założonymi pałkami. Jeszcze Francuz nie zdążył wytrzeźwieć, a już policjanci zostali ukarani, obudziła się prokuratura, przedstawiono zarzuty, pokazano, jak błyskawicznie policja walczy ze złem w swoich szeregach. A to wszystko, trzeba przyznać, dzięki Bojanowskiemu i spółce, „totalnie opozycyjnym” mediom.

Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach uważa, że gdyby nagranie z komendy we Wrocławiu zdobyła TVP, to ujrzałoby ono światło dzienne? Skoro boją się piosenki z Opola, to pokazaliby masakrę z Wrocławia? Do tego potrzebna była dopiero telewizja prywatna, niezależna, będąca własnością zagranicznego kapitału, która nie trzęsie portkami przed prezesem.

Im bardziej media będą spolonizowane, tym bardziej będą hołdować zasadzie „dobrze czy źle – mój kraj”. Niedawno odwołał się do tej reguły eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski. Niefortunny rywal Tuska w Komisji Europejskiej (1:27) nie mógł się pogodzić z tym, że Tusk i inni „rozwlekają sprawę [Trybunału Konstytucyjnego] na zewnątrz”. Jeśli Polska ma zły wizerunek – powiedział Saryusz w rozmowie z Konradem Piaseckim (TVN24) – „to jest wina opozycji skarżącej się na swój kraj w Unii”. Na swój kraj można się było skarżyć w Brukseli, kiedy był rząd Tuska i Kopacz – wtedy owszem, eurodeputowani PiS w przemówieniach, a nawet w specjalnie zorganizowanej wystawie, nie wahali się „rozwlekać” naszych spraw za granicą. Bo brudy trzeba prać, a nie trzymać ich na komisariacie.

Obóz władzy chce osłonić Polskę kurtyną milczenia – uciszyć eurodeputowanych i Tuska, „zrepolonizować” media, żeby nie miały oparcia za granicą, inne zagłodzić, pozbawiając je reklam i ogłoszeń instytucji publicznych, zdyskredytować korespondentów zagranicznych w Polsce, którzy paplają, co im salon na język przyniesie. A wszystko to w imię zasady „dobrze czy źle – mój kraj”. To credo dobrze scharakteryzował wybitny pisarz Chesterton: „Tego nie powie żaden patriota. To jak gdyby powiedzieć »pijana czy trzeźwa – to moja matka«”. Dzisiaj, w dobie internetu i mediów społecznościowych, chyba już tylko niedobitki wierzą w sekrety w rodzinie.

Jednym z takich sekretów jest twierdzenie, że miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu są aktami religijnymi. Polecam artykuł znanego działacza i intelektualisty katolickiego Zbigniewa Nosowskiego w „Tygodniku Powszechnym” pod tytułem „Akt pseudoreligijny”. Wystarczy spojrzeć na fotografię: Krakowskie Przedmieście w 86. miesięcznicę, przed Pałacem Prezydenckim krzyż ze zniczy, na tle pałacu krzyż drewniany, obok ksiądz, na sztaludze fotografia ofiar katastrofy smoleńskiej – Lecha i Marii Kaczyńskich, o rozmiarach plakatu, przy niej warta honorowa Wojska Polskiego. Symbole religii, Kościoła i państwa splatają się w jeden warkocz na tle pałacu władzy.

Ponieważ kilku osobom policja postawiła zarzuty „złośliwego przeszkadzania w wykonywaniu aktu religijnego”, to być może sąd, instytucja świecka, będzie decydować, co jest, a co nie jest, aktem religijnym. (Wszystko to – dodajmy – w kontekście tendencyjnej ustawy o zgromadzeniach publicznych „poprawionej” tak, aby uprzywilejować miesięcznice). Czyli, jeśli wszystko potoczy się po myśli władzy, religijno-polityczna manifestacja PiS, celebrowana przez Jarosława Kaczyńskiego, zyska rangę aktu religijnego. „Religia smoleńska”, Kościół PiS i jego głowa – prezes – zyskają w ten sposób status religii państwowej.

Dla Błaszczaka pochód z kościoła i wiec to wydarzenie religijne: „Kiedy szliśmy, odmawialiśmy różaniec od katedry aż po Pałac Prezydencki. To jest niewątpliwie akt religijny”. Dla biskupa Pieronka – odwrotnie: „Te marsze i wypowiedzi przed Pałacem Prezydenckim nie mają charakteru religijnego. Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka”. Zbigniew Nosowski przywołuje stanowisko rzecznika archidiecezji: „Archidiecezja Warszawska, ani żadna z jej instytucji czy parafii, nie była i nie jest organizatorem marszu”. Nabożeństwo – tak, marsz – nie, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]