POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 38 (3077) z dnia 2016-09-14; s. 20-21

Polityka

Jacek Żakowski

Węzeł własności na szyi wolności

Węzła reprywatyzacji nigdy nie rozsupłamy. Póki go nie przetniemy, póty będzie nas dusił.

Nie szukajcie winnych. To nie błędy lub nieprawości ekipy HGW, PiS, PO, nie prezydenci, premierzy, posłowie, sędziowie i pazerni prawnicy są źródłem problemu. To historia tak wszystko pogmatwała. Piekło reprywatyzacji musiało wybuchnąć. Ale też żadnego dobrego rozwiązania od początku nie było i nigdy nie będzie.

Teraz widać, że opcje są coraz gorsze. Trzeba się zdecydować, jakie zło wybieramy. Prawnicy i inni eksperci tego za nas nie zrobią. Decyzja jest polityczna. Dziś płacimy za to, że społeczeństwo nigdy jej nie podjęło.

Po 1989 r. reprywatyzacja była oczywista. Z pięciu ważnych powodów.

• Bo postanowiliśmy budować gospodarkę kapitalistyczną, a kapitalizm to własność prywatna.

• Bo prywatne jest (zwykle) bardziej wydajne niż państwowe.

• Bo chcieliśmy wolności i demokracji, a one bez oparcia w prywatnej własności nie istnieją.

• Bo zwrotu zagarniętej przez komunę własności domagał się Zachód, do którego chcieliśmy dołączyć.

• Bo oddanie tego, co komuna zabrała, było aktem sprawiedliwości.

Wszystko to były dobre argumenty, ale każdy z nich był wątpliwy. Obalając realny socjalizm, wybraliśmy demokratyczny kapitalizm. Za komuny wszystko (prawie) było własnością państwa, teraz (prawie) wszystko miało być własnością prywatną. Komuna zanegowała własność – III RP przywracała jej miejsce w społecznym porządku. To oczywiste. Ale nie rozmawialiśmy o miejscu własności w nowym systemie. A ono nie jest oczywiste.

Realny socjalizm respektował własność osobistą (ubranie, meble itd.) służącą własnym potrzebom. Własność prywatną (mogącą przynosić dochód) uważał za zło i narzędzie wyzysku. W większości ją upaństwowił. III RP własność prywatną zrehabilitowała, ale w feudalnym, nie kapitalistycznym sensie. Jako „święte prawo”. Nie jako „funkcję społeczną”.

Polska nie przeszła antyfeudalnej rewolucji mieszczańskiej, oświecenia ani reformacji, które na Zachodzie zmieniły rozumienie własności. II RP ten proces zaczęła, ale nie skończyła. Odzyskawszy wolność w 1989 r., ciążyliśmy więc ku temu, do czego doszliśmy kiedyś samodzielnie. Czyli do późnego feudalizmu, w którym własność wiązała się z „wolą Bożą” (urodzeniem i prawem czerpania z niego korzyści), a nie z „rolą w ładzie społecznym”, czyli z użytecznością, zasługami i obowiązkami wobec społeczeństwa. To miało wpływ na myślenie o reprywatyzacji. Prawa byle jakich pociotów zdawały się silniejsze niż prawa społeczności. Państwo rozliczało się ze spadkobiercami z kosztów odbudowy, remontów, przedwojennych kredytów, długów hipotecznych etc. Akceptacja dla handlu roszczeniami była wyrazem powszechnej akceptacji dla feudalnego prawa do wynikających tylko z urodzenia korzyści.

Feudalną wiarę w „święte prawo własności” wzmacniała neoliberalna wiara, że w miejsce własności państwowej musi wejść własność prywatna, która jest bardziej efektywna. Nie było to oczywiste. Poza własnością państwową i prywatną w kapitalizmie funkcjonują (często bardziej efektywnie) różne formy własności publicznej, spółdzielczej, komunalnej. Dziś wiemy, że w wielu przypadkach uspołecznienie znacjonalizowanego w PRL majątku byłoby dla ogółu lepsze i ekonomicznie bardziej efektywne niż „reprywatyzacja wedle woli Bożej”. Ale proces ruszył, kiedy na świadomości Zachodu ciążył thatcherowski kult własności prywatnej, a w Polsce wstręt do kojarzonej z PRL „społecznej własności”. Długo dominowało poczucie, iż lepiej coś „źle sprywatyzować”, niż nie sprywatyzować.

Budując demokrację, elity wciąż przywoływały głęboko zakodowaną wiarę, że własność prywatna stanowi podstawę demokracji. Sądziliśmy, że im szybciej i więcej majątku trafi w ręce prywatne, tym lepiej dla demokracji. Tego można na kilka sposobów dowodzić. Żadna demokracja bez silnego prawa własności nie jest znana. Demokracja wymaga zaangażowania obywatelskiego, a ludzie angażują się bardziej aktywnie, gdy czują się materialnie bezpieczni (dzięki własności). Własność prywatna sprawia, że władza polityczna nie łączy się z władzą ekonomiczną, co prowadzić może do totalitaryzmu. Kto ma coś do stracenia (własność), podejmuje bardziej ostrożne decyzje wyborcze i życiowe. To wszystko jest niewątpliwe. Ale nie myśleliśmy o tym, że ekscesy własności prywatnej naruszające społeczne poczucie sprawiedliwości mogą być dla wolności i demokracji równie niebezpieczne jak deficyt własności. Zwłaszcza gdy z przywilejów własności nie korzysta duża część społeczeństwa.

Jeśli jednak reprywatyzacja była przez dwie dekady III RP aż tak oczywista, to czemu nigdy nie została systemowo uregulowana i przeprowadzona? Bo na pełną reprywatyzację nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]