POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 5 (2690) z dnia 2009-01-31; s. 82-83

Świat

Marta Zaraska

Wielki brat

Według wyliczeń Google, na 10 krajów, których mieszkańcy najczęściej wyszukiwali ostatnio w Internecie hasło „Barack Obama”, aż dziewięć leży w Afryce.

W Rwandzie, Mali i Ugandzie zainteresowanie internautów nowym prezydentem USA było większe niż w Stanach Zjednoczonych, mimo że dostęp do sieci ma niespełna 4 proc. Afrykanów. Kiedy ogłoszono zwycięstwo Obamy, świętował cały kontynent. Tańczono na ulicach Johannesburga, Akry i Lagos, w Kamerunie profesorowie uniwersytetu i dziennikarze złożyli w ofierze kozę w podzięce za sukces brata.

Podobny nastrój towarzyszył ubiegłotygodniowej inauguracji 44 prezydenta USA. Ale nikt nie cieszył się ze zwycięstwa Obamy tak bardzo jak mieszkańcy Kogelo, małej wioski w południowo-zachodniej Kenii, gdzie urodził się ojciec prezydenta Ameryki, Barack senior. Na ogromnym ekranie przywiezionego specjalnie na okazję głosowania telewizora śledzili, jak syn sąsiada zostaje prezydentem Ameryki. Wielu z nich oglądało telewizję po raz pierwszy w życiu. Wielu też nigdy nie widziało na oczy białego człowieka, nazywanego tu mzungu. Po 4 listopada do ich zapadłej wsi zaczęły przyjeżdżać setki mzungu. Wszyscy chcieli porozmawiać z babcią prezydenta Mamą Sarah i wujem Saidem.

Życie w Kogelo zmieniło się nie do poznania. Ledwo za oceanem ogłoszono wyniki wyborów, a już rząd Kenii zabrał się do asfaltowania drogi do Kogelo i stawiania słupów pod elektryczność. Wykopano nowe studnie i otwarto posterunek policji 200 m od domu babci Sarah. – Wystarczyło 48 godzin, żeby to wszystko się stało – mówi James Asudi z Victoria Safaris, biura organizującego wycieczki do Kogelo. – Kiedyś była to tylko senna, zapomniana wieś.

Teraz cała prowincja żyje Obamą. Zdjęcia prezydenta widać na wszystkim, od minibusów po breloczki. Są już szkoły Obamy, ulice Obamy, sklepy U Obamy. Nawet dzieci chrzci się jego imieniem. Kenijskie piwo Senator z dnia na dzień stało się przebojem. I również z dnia na dzień niemal wszyscy w okolicy uznali się za kuzynów prezydenta – na tysiącach dziennikarzy i turystów można w końcu całkiem nieźle zarobić. Mama Obama czuje się jednak przytłoczona nagłym zainteresowaniem. Były takie dni, kiedy jej dom odwiedzało aż 500 osób – żeby uścisnąć rękę i przeprowadzić wywiad.

Szacuje się, że dzięki Obamie w tym roku Kenię odwiedzi 15 proc. więcej turystów niż w roku ubiegłym. Według Noaha Gera, właściciela biura podróży Noah’s East African Trails, które wyspecjalizowało się w wycieczkach do domu Obamów, nocleg w niektórych hotelach w regionie dwukrotnie podrożał. – Ceny ziemi znacznie wzrosły, a i tak lokalni biznesmeni prześcigają się, żeby kupić działkę w Kogelo – mówi. Mieszkańcy zawsze wiedzieli, że pewnego dnia ich wieś stanie się ważna w Stanach. – To dlatego, że Kogelo leży między trzema okręgami: Ugenya, Siaya i Alego. W skrócie: USA – mówi mieszkaniec wsi Okumu Nyikuri.

Błogosławiony

Afrykanie pokładają w nowym prezydencie Ameryki ogromne nadzieje. Wierzą w Obamę tak bardzo, że wymyślili nawet nowe słowo – obamazing, od angielskiego amazing, czyli zadziwiający, niesamowity. Podkreślają też, że w swahili Barack znaczy błogosławiony. „Patrząc jak wszyscy wokół kochają i podziwiają Obamę, nie zdziwiłbym się, gdyby wkrótce ogłosili go bogiem” – pisze w liście czytelnik rwandyjskiej gazety „New Times”.

Słychać już głosy, że nowy prezydent USA rozwiąże problemy Afryki, że da jeszcze więcej pieniędzy na walkę z AIDS i terroryzmem, że zdetronizuje zasiedziałych dyktatorów. Niektórzy mają nadzieję, że przeprosi w imieniu Ameryki za niewolnictwo. Inni czekają na zniesienie wiz do USA. – Do mojego biura przyszła grupka osób z prośbą, żebym zorganizował przejazd do Ameryki – mówi Ger. – Myśleli, że teraz do przekroczenia granicy wystarczy im tylko kenijski dowód osobisty.

Mieszkańcy Afryki oczekują od Obamy tak wiele, że musi wyniknąć z tego jakiś problem – uważa Hussein Solomon, politolog z uniwersytetu w Pretorii. – Myślą, że Obama zapewni Afryce większy głos na arenie międzynarodowej, może da im coś w rodzaju stałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa, zakończy ludobójstwo w Darfurze. Afryka zdaje się zapominać, że Obama został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, żeby dbać o interesy swojego narodu, nie o dobro Kenii czy Ugandy.

W dodatku Obamie trudno będzie przebić osiągnięcia George’a Busha, którego polityka afrykańska jest akurat oceniana bardzo pozytywnie. Sukces w walce z epidemią AIDS był jednym z największych dokonań administracji ustępującego prezydenta. Biały Dom wylicza, że do tej pory za amerykańskie dolary kupiono leki dla ponad 1,4 mln chorych. Zdaniem ekspertów nie należy spodziewać się wielu zmian w afrykańskiej polityce USA po zaprzysiężeniu Obamy. Obok walki z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]