POLITYKA

Sobota, 27 maja 2017

Polityka - nr 17 (3056) z dnia 2016-04-20; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Wielki ruch i wielki bezruch

Czy Parlamentowi Europejskiemu można było na jego rezolucję odpowiedzieć lepiej, niż natychmiast łamiąc demokratyczne standardy jeszcze bardziej?

Nareszcie z Sejmu nadeszła dobra wiadomość. W tym roku Wysoka Izba zafundowała sobie wakacje najdłuższe z dotychczasowych. Ponad 40 dni wolnego, a i wrześniowe posiedzenia krótkie, może nawet jednodniowe, choć na wszelki wypadek rozpisane na dwa dni. Trudno przecież przewidzieć, kiedy i o co wybuchnie kolejna polityczna awantura, bo że wybuchnie, nikt nie ma wątpliwości. Teraz też miało być godnie i spokojnie, bo przecież obrady miały poprzedzić wielkie narodowe skupienie z okazji rocznicy chrztu Polski i specjalny wyjazd całego Zgromadzenia Narodowego do Poznania, aby wysłuchać prezydenckiego orędzia, a tu proszę: głosowanie na dwie ręce, kaptowanie w kuluarach posłów opozycyjnych, aby złamali partyjną dyscyplinę, pospieszna ucieczka marszałka Kuchcińskiego, a nawet interwencja prezydenta zaniepokojonego, czy przy pospiesznym wyborze kolejnego pisowskiego kandydata do Trybunału Konstytucyjnego nie złamano prawa.

Prezydent słusznie troszczy się o zachowanie procedur, wszak będzie musiał wybrańca zaprzysiąc, a konstytucji wyjątkowo łamać nie lubi, prawo szanuje, o czym tak pięknie opowiedział w poznańskim orędziu, że wzbudził entuzjazm całej opozycji. Trudno jednak nie zauważyć, że bohaterem ostatnich dni nie stało się orędzie, bo na centralną postać wyrosła mało znana posłanka Kukiz’15 Małgorzata Zwiercan, która zagłosowała za siebie i Kornela Morawieckiego.

W całym tym zamieszaniu, które stało się już normalnym życiem parlamentarnym (cywilizacyjne i kulturowe wzorce wschodnie przyjmują się u nas nadzwyczaj szybko), mało co dziwi. To, że PiS zaskakuje pomysłami, zarządza niespodziewane głosowania, to normalne, zwłaszcza gdy ma ważny powód. Tym razem powód był wyjątkowo ważny, gdyż trzeba było zdecydowanie odpowiedzieć na rezolucję Parlamentu Europejskiego, zarzucającą Polsce łamanie demokratycznych standardów, podczas gdy u nas podobno trwa dialog rządzących z opozycją na temat rozwiązywania w Polsce naszych polskich problemów (ulubiona fraza pani premier Szydło). Czy parlamentowi można było odpowiedzieć lepiej niż natychmiast łamiąc te standardy jeszcze bardziej? W myśl zasady: wy w nas bezwartościową rezolucją, my w was dr. hab. Zbigniewem Jędrzejewskim w roli kolejnego członka TK. A jeśli dalej będziecie się wtrącać, to rozpatrzymy sugestię prof. Zdzisława Krasnodębskiego, że może trzeba w Polsce zarządzić referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej. To ucieszy polskiego rolnika właśnie pozbawionego możliwości kupowania ziemi, a w przyszłości także dopłat bezpośrednich. Potem ucieszą się inni korzystający z unijnych dotacji.

I jeśli coś dziwi w tej parlamentarnej normalności, to rola, jaką godzą się odgrywać dobrzy naukowcy (takie są opinie o dr. hab. Jędrzejewskim – czytaj też s. 7) w tych politycznych awanturach. Czy naprawdę długoletnia posada sędziego, a potem suta emerytura to wszystko, co w życiu jest ważne? Kiedyś mówiono coś o etosie nauki, czy te czasy już się zupełnie skończyły? Czy polityka ma rzeczywiście aż tyle uroku i powabu, że można się godzić na każde, najbardziej upokarzające instrumentalne traktowanie, byle tylko do niej wejść czy raczej zostać wepchniętym? Najwyraźniej ma. A skoro mowa o zdziwieniach w czasach, kiedy już nic nie dziwi, to jednak trochę zaskakuje wytworny wicepremier, nadzieja polskiej gospodarki, Mateusz Morawiecki, krążący po sejmowych kuluarach, by za pośrednictwem tatusia (nieukrywającego, że dba o karierę syna, co jest przecież naturalne) upolować kilku kukizowców, których chce namówić do nielojalności wobec ich ugrupowania? Nie jest to wprawdzie to samo, co słynna wizyta posła Adama Lipińskiego w pokoju posłanki Renaty Beger w celu rozbicia Samoobrony, ale skojarzeń uniknąć trudno i niesmak pozostaje. Wicepremier polityczne szlify zdobywa szybko, metody przyswaja bez większego obrzydzenia i może rzeczywiście mierzy w partii PiS wysoko. Oczywiście dla wielkiego celu, jakim jest jego plan dla Polski.

Do sejmowych wakacji jeszcze daleko, ale trzeba przyznać, że ich wydłużenie jest racjonalne. Prawda o obecnym parlamencie jest bowiem dość brutalna: on po prostu nie ma co robić. Gdyby nie garść projektów poselskich, przeważnie przyczynkarskich, nie byłoby nad czym debatować. Po wielkim sukcesie 500+, który obchodzimy niczym święto narodowe, w Sejmie nie ma żadnego ważnego projektu. Albo czekają, bo nie wiadomo, co z nimi zrobić, jak choćby z prezydenckim – ważnym przecież – pomysłem obniżenia wieku emerytalnego. Kolejny miesiąc rząd biedzi się nad podatkiem od sieci handlowych, który miał objąć zagraniczne sieci i do dziś nie wiadomo, kogo obejmie. Po prostu napisanie projektu dobrej ustawy jest ponad możliwości tego rządu, który właśnie „usprawnił” (choć bardziej trendy byłoby napisać „naprawił”) proces legislacyjny, likwidując tak ważny etap, jak przygotowanie założeń, zburzył nieźle pracujące struktury legislacyjne ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]