POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 34-35

Społeczeństwo

Piotr Pytlakowski

Wieloręcy bandyci

Tatiana Davidoff, obywatelka Polski i Francji, wpadła w sidła Gabrieli A. Od tej pory jej życie to loteria, bo państwo nie potrafi jej pomóc.

Pani Davidoff jest szanowaną warszawską dentystką. Przez lata pracowała na swoją wysoką markę stomatologiczną, a teraz obawia się, że ją utraci, a przynajmniej nadwątli od strony etyczno-moralnej. A wszystko przez będący jej własnością lokal użytkowy przy ul. Hożej 39.

Gabriela A. kręci w kilku biznesach, ale szczególnie wyspecjalizowała się w pewnym skrytym interesie – automatach do gry, kiedyś zwanych jednorękimi bandytami. Dawniej rzecz była prosta, wstawiało się maszyny do knajp i hulało. Ale teraz zmieniono ustawę. Monopol na prowadzenie salonów z tzw. automatami niskich wygranych dostało państwo polskie, a w zasadzie spółka Skarbu Państwa Totalizator Sportowy. Prohibicja na hazard obudziła czarny rynek. Mafia zawsze przecież żywiła się przy hazardowym stole.

Lokal przy Hożej pani Tatiana wynajmowała chętnym na biznesiki, bo też i powierzchnia niewielka – zaledwie 23 m kw. Ostatnio był tam sklep warzywno-spożywczy, ale najemca po jakimś czasie zrezygnował. Poprosiła jednego ze swoich pacjentów, pana Grzegorza, właściciela agencji nieruchomości, aby kogoś na najem wyszukał. I pan Grzegorz do dzisiaj mocno się sumituje, że znalazł jej właśnie tę panią Gabrielę, która okazała się nieszczęściem.

Dentystka poznała Gabrielę A. nie jako rekina czarnej strefy hazardowej, ale prezeskę spółki BZ Inwest. Z KRS wiadomo, że to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością (nomen omen), z kapitałem 5 tys. zł, a wszystkie udziały należą do Bartosza Ż. Przedmiotem działalności spółki jest przede wszystkim wynajem i zarządzanie nieruchomościami, a także handel samochodami, pośrednictwo pieniężne, leasing finansowy, handel żywnością, alkoholami i tytoniem oraz prowadzenie restauracji. Profil szeroki, ale jako żywo niemający nic wspólnego z hazardem.

Według zapewnień nowej najemczyni przy Hożej miał się znaleźć punkt bukmacherski – całkowicie legalna sprawa. Mówiła, że jej firma prowadzi już 200 podobnych salonów. Interes jest cichy, niekłopotliwy i uczciwy. Czynsz będzie płacić w terminie. Same plusy. I pani Tatiana dała się skusić, podpisała umowę najmu, w której napisano czarno na białym, że każda zmiana przeznaczenia musi być uzgodniona z panią Tatianą pod rygorem rozwiązania umowy w trybie natychmiastowym. Na papierze pani Tatiana była wystarczająco zabezpieczona.

Któregoś dnia zatelefonował bliski znajomy. Oznajmił, że przypadkiem trochę poobserwował i doszedł do wniosku, że w tym lokalu na Hożej jest chyba zwykły burdel albo coś gorszego. Wchodzą tam jacyś mężczyźni, drzwi zamykają się za nimi na klucz i nikt przypadkowy się nie przedostanie. No i po co oni tam wchodzą?

Pani Tatiana się przeraziła, bo gdyby w miasto poszła wieść, że oto ona, szanowana dentystka, prowadzi w centrum miasta dom publiczny, straciłaby renomę na zawsze i nieodwołalnie. Natychmiast pobiegła sprawdzić. Jakimś cudem dostała się do środka i ujrzała osiem automatów do gry i klientów tracących głowę dla hazardu.

Następnego dnia wysłała do A. wypowiedzenie najmu z miesięcznym terminem, aby mieli czas na wyprowadzkę. Ale najwyraźniej nikt nie miał zamiaru się wyprowadzić. Lokal działał jak wcześniej. Drzwi zamknięte na głucho, ale kiedy pojawiał się gracz znany obsłudze, uchylały się na moment i klient znikał we wnętrzu. Pani Tatiana wysłała do firmy, której prezesem była pani Gabriela, wezwanie na piśmie do natychmiastowego opuszczenia lokalu. Bez reakcji. Ale czynsz wpływał w terminie.

Po kilku tygodniach korespondowania z firmą BZ Invest Tatiana Davidoff udała się do dzielnicowego, ale ten ją zbył: to nie temat dla policji, obywatelka musi sama sobie poradzić. Poszła do komendy przy ul. Wilczej. Dyżurny próbował ją zbyć, ale postawiła się. W końcu dotarła przed oblicze jakiegoś ważnego policjanta, ale z kim konkretnie rozmawiała, nie dowiedziała się, bo pan policjant się nie przedstawił. Opowiedziała o kłopotach. Trwało to dobrą godzinę, ważny policjant kiwał głową ze zrozumieniem. Potem pożegnał grzecznie, do drzwi odprowadził. I nic się nie zmieniło. Firma Gabrieli A. robiła swoje.

Davidoff przeczytała tekst znowelizowanej ustawy hazardowej i od tej pory nie przespała spokojnie żadnej nocy. Dowiedziała się bowiem, że za nielegalne automaty do gry odpowiadają niezależnie od siebie zarówno właściciele maszyn, jak i posiadacze lokali, do których je wstawiono. Za każdy automat kara wynosi po 100 tys. zł dla właściciela maszyny i lokalu. Rachunek był prosty – osiem urządzeń do gry przy Hożej 39, to 800 tys. zł opłaty karnoskarbowej. Mało kto by zasnął po takim wyliczeniu.

Udała się do urzędu celno-skarbowego jako organu nadzorującego rynek automatów do gry i przedstawiła swój problem. Usłyszała, że działalność Gabrieli A. oraz spółki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]