POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 41 (2726) z dnia 2009-10-10; s. 64-66

Kultura

Katarzyna Janowska

Wiersz lepszy niż życie

Rozmowa z Adamem Zagajewskim o uprawianiu poezji dzisiaj, rywalizacji autorów, szczęściu i duchach

Katarzyna Janowska: – Przedstawia się pan: Adam Zagajewski, poeta?

Adam Zagajewski: – Nie, nigdy. Jeśli już muszę, to mówię, że jestem pisarzem.

Poeta to wstydliwe słowo?

Nie, ale nie wiąże się z żadną kategorią społeczną. To tak, jakby aktor mówił, że jest tragikiem albo aktorem charakterystycznym. Jest coś nagiego w byciu poetą, trzeba tę rolę ubrać w funkcję społeczną. Ale jednocześnie poezja jest tym silniejsza, im poeta mniej utożsamia się z rolami społecznymi. Tak więc, jak pani widzi, nie jest to proste.

Zaczynam rozumieć trudność w zdefiniowaniu roli poety. Co to dla pana znaczy?

Jest to forma, dzięki której potrafię myśleć, porządkować moje doświadczenia. Na pewno rodzaj terapii. Nie ma pewnie artysty, który codziennie nie scalałby się poprzez swoją pracę. Nie jest to natomiast sposób na przeżycie ekonomiczne. W tym celu muszę od czasu do czasu udawać, że jestem profesorem akademickim.

W wierszu „Odchodzi poeta” pisze pan: „teraz my sami musimy mówić, już nikt nas nie wyręczy”. To jest manifest zmiany pokoleniowej. Zmiany trochę chyba spóźnionej.

Mniej więcej o 20 lat. Moje pokolenie rozproszyło się... Niektórzy zostali za granicą, inni mieli wstręt do wymierzalnego sukcesu. Generacja „Brulionu” np. szybko poszła do telewizji. Wiedzieli, gdzie są konfitury. Moje pokolenie jakoś tego nie wiedziało. Co nie znaczy, że jest ono nieobecne.

Ciągle publikuje pan wiersze, podobnie jak Ryszard Krynicki, który jest też wydawcą poezji, czy Julian Kornhauser. Wspólnie przed laty napisaliście „Świat nie przedstawiony”, manifest poetycki i polityczny.

Były w naszej grupie silne indywidualności, które wyraźnie zaznaczyły się i w literaturze, i w polityce – pamiętajmy o Stanisławie Barańczaku. Adam Michnik to też nasze pokolenie. W normalnej sytuacji objęlibyśmy rząd dusz w literaturze na co najmniej 20 lat. Ale lata 80. nie były normalne. Moje pokolenie poniosło porażkę nie w sensie duchowym, ale w sensie socjologicznym.

Jest coś takiego jak więź międzypokoleniowa w środowisku literackim? Przychodzą do pana młodsi poeci, szukają rady, dają wiersze do czytania?

Nie jestem nadmiernie oblegany, ale nie czuję się też osamotniony. Mam znajomych, a nawet przyjaciół wśród młodszych poetów. Problem w tym, że co pięć lat mamy w Polsce nowe pokolenie literackie. Młodzi szybko przychodzą i równie szybko odchodzą. Zostają nieliczni. Bliski kontakt utrzymuję z Tomaszem Różyckim, który w sposób bardzo indywidualny, ale jednak nawiązuje do tradycji literackiej, co jest mi bliskie. Nie zależy mu, aby za wszelką cenę zerwać z poprzednikami, żeby literatura zaczynała się od niego. W dzisiejszych czasach uważam to za cnotę.

Czy poezja zbliża poetów?

Nie. Poeci są bardzo podzieleni, zresztą nie tylko w Polsce, za granicą też. Jest sporo niechętnych sobie nawzajem środowisk, zwalczających się koterii. Poeci – którzy w przeciwieństwie do innych artystów działają w pustce ekonomicznej – rywalizują ze sobą o rzeczy takie jak nagrody, stypendia. Są to walki, które ze szlachetną naturą poezji nie mają nic wspólnego.

Literatura – turniej garbusów – jak pisał Czesław Miłosz.

Akurat tego wersu nigdy nie lubiłem. Sam Miłosz był zaprzeczeniem garbusa. Był nadzwyczajną osobą, nie tylko jako poeta, ale także jako człowiek.

Po jego śmierci krytycy pisali, że zmieni się pejzaż literacki w Polsce. Dużo się zmieniło?

Nie wiem, czy samo odejście Miłosza było decydujące, ale w przedziwnym i niepotrzebnym pojedynku między poezją Miłosza a twórczością Herberta, też przecież wspaniałego poety, teraz, wydaje się, dominuje ten drugi. On zawładnął wyobraźnią poetycką czytelników i to może nawet nie ze względów literackich, a raczej ideowych i politycznych. Żyjemy w czasach spóźnionego moralizmu, w okresie rozrachunków z przeszłością. Niezwykle skomplikowana strategia życiowa Czesława Miłosza była zbyt powikłana, żeby mogła się podobać ludziom, którzy bardziej potrzebują silnych autorytetów niż poezji.

W XIX i XX w. poeci byli instytucjami. Na ich głos czekano nie tylko ze względu na potrzebę piękna, ale także ze względu na sprawy społeczne, polityczne. Dziś poeci się sprywatyzowali. Ich rola jako autorytetów spadła.

Zmiana, o której pani mówi, dokonała się mniej więcej 30 lat temu – w Polsce później – z chwilą pojawienia się postmodernizmu i przewagi ironiczności w kulturze. Ale siłą polskiej poezji przez lata było przekonanie, że nie jest ona tylko grą estetyczną, lecz rodzajem poważnego myślenia o świecie, szukaniem wzorów etycznych. Nie zgadzam się, żeby to przekreślić i zaakceptować wizję sztuki jako wyłącznie wielkiej zabawy. Pamiętajmy jednak, że są wśród nas ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Adam Zagajewski, ur. 1945 r., poeta, eseista. Związany z poetyckim ruchem Nowej Fali. Po podpisaniu listu 59 w 1975 r. objęty był zakazem druku. Od 1981 r. mieszkał w Paryżu, a od 2002 r. na stałe w Krakowie. Laureat wielu międzynarodowych nagród. Obecnie w Znaku ukazuje się jego nowy tom zatytułowany „Niewidzialna ręka”.