Czwartek, 17 maja 2012
Europę zalewa wino. Wypić się go nie da, a na biopaliwo przerabiać szkoda. Unia Europejska szuka sposobów ograniczenia produkcji i... wspiera rozwój polskiego winiarstwa.
Kraje Unii Europejskiej dostarczają blisko 200 mln hektolitrów rocznie. To dwie trzecie światowej produkcji trunku. Co więcej, w kilometrach piwnic zalegają dziesiątki milionów hektolitrów starszych roczników. Wszystko to znacznie przekracza możliwości konsumpcyjne i eksportowe.
Doraźnym rozwiązaniem jest przeróbka wina na spirytus przemysłowy i bioetanol służący do produkcji biopaliwa. Komisja Europejska pod naciskiem winiarskich krajów wydaje czasem zgodę na taką operację. Niedawno dostały ją Francja i Włochy. Spirytus przemysłowy produkowany z wina pachnie ekonomicznym absurdem, ale co robić. Paradoks jest tym głębszy, że jedną z przyczyn nadprodukcji są dopłaty do wytwarzania wina. Dlatego Rada Europy chce podjąć ostre działania. Ostatnio powzięła decyzję o konieczności zlikwidowania 400 tys. hektarów (11 proc.) upraw winorośli w krajach Unii. W ten radykalny sposób będzie ratować jakość i konkurencyjność europejskich win. Ale nie wszystkich w ten sposób uszczęśliwi.
Szykuje się wojna o wino. Największe w świecie potęgi winiarskie (Francja, Włochy i Hiszpania) z miejsca ostro zaprotestowały. Wtórują im Portugalia i Grecja, które już zapowiadają, że nie zmniejszą choćby o jeden hektolitr produkcji swoich niepowtarzalnych win typu oleistej retziny czy zielonkawego verde, a Węgrzy nie ustąpią choćby butelki tokaju. Do dziś przecież pamiętają decyzję cesarza rzymskiego Dioklecjana, który w IV w. kazał wyciąć w Panonii wszystkie winne krzewy, aby wina z tej prowincji nie konkurowały z włoskimi. Czasy, powiadają, niby inne, ale metody te same.
Glebę pod uprawę winorośli od stuleci wyrywa się z trudem z południowych zboczy skalistych wzgórz, krzew winny zaczyna owocować przeciętnie po 5 latach, pielęgnacja winorośli wymaga ogromu pracy. A teraz w ośmiu krajach należałoby wyciąć aż 400 tys. hektarów? Zgroza! Bo każdy winiarz oczywiście zakochany jest w swojej uprawie i niezależnie od tego, jakie wino produkuje, uważa je za najlepsze.
Nadprodukcja wina stała się jednak faktem. W rezultacie tzw. rundy urugwajskiej, liberalizującej światowy handel, po 1995 r. przestały istnieć preferencje i cła ochronne, które chroniły europejski rynek przed importem win. O ile we Francji, Włoszech i w Hiszpanii przestrzega się raczej norm wydajności (odpowiednia gęstość krzewów, każdy nie może rodzić więcej niż 5 gron), to w innych krajach panuje w tej materii dowolność, a na Słowacji czy na Węgrzech ciągle jeszcze kładzie się nacisk na ilość. Efekt jest taki, że krzewy aż uginają się pod gronami.
Wąskim gardłem produkcji były do niedawna dębowe beczki. Ale wymyślona przez włoskich winiarzy w Australii (gdzie dęby nie rosną) nowoczesna technologia dojrzewania i przechowywania wina w metalowych cysternach, do których wkłada się zheblowane na wióry stare dębowe beczki po winie, zwielokrotniła możliwości.
W dodatku ta nowoczesna technologia, wzbogacona jeszcze o schładzaną w metalowych kadziach fermentację, zapewniła znakomity bukiet i przyzwoitą jakość. To dzięki niej ruszyła ofensywa win z Australii, Argentyny, Chile, Kalifornii, południowej Afryki, a ostatnio nawet z Nowej Zelandii. Niejednokrotnie znakomitych, a z reguły tańszych od tradycyjnych, europejskich. W kategorii win 5–10 euro za butelkę Europa zdecydowanie przegrywa ostatnio z zamorską konkurencją. No i wreszcie jest mnóstwo bardzo taniego, produkowanego tradycyjnymi metodami wina, którym zalewają niektóre europejskie rynki (w tym polski) Bułgaria i Mołdawia. W dodatku Bułgaria i Rumunia są już u wrót Unii Europejskiej i jeszcze powiększą produkcję.
Nadmiaru nie umniejsza ani wzrost subwencjonowanej częściowo przez UE destylacji wina (w ostatnim ćwierćwieczu do 26 mln hl rocznie przerabiane jest na koniaki i brandy), ani wzrost konsumpcji. Po powiększeniu Unii o 10 nowych członków (z wyjątkiem Słowacji, Słowenii i Węgier pozostałe nie są krajami kultury winnej) średnie spożycie we Wspólnocie spadło z 34 do 30 litrów wina rocznie. W Polsce spożycie wina z przerwami rośnie, ale w 2005 r. wynosiło zaledwie 10,6 litra na głowę. Daleko więc nam do europejskiej średniej. Inne nowe kraje członkowskie też długo jej jeszcze nie osiągną. W tej sytuacji Rada Europy nie widziała innej drogi niż radykalne ograniczenia.
Restrukturyzacja dotknie 1,5 mln producentów wina i uderzy głównie w tych najmniejszych. Dla Austrii, Francji, Portugalii, Słowenii i Włoch każde ograniczenie będzie dotkliwe, gdyż winiarstwo daje 10 proc. produkcji rolnej tych krajów ogółem. Polski ten problem na razie nie dotyczy z dwóch powodów: mamy niespełna 2 tys. winnic o powierzchni 155 ha. Czyli tyle, co nic. Ale – uwaga – nasz kraj postrzegany jest przez branżę winiarską za rozwojowy. W Polsce do 2010 r. nie obowiązuje zakaz tworzenia nowych ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]