POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 17 (2702) z dnia 2009-04-25; s. 38-43

Raport

Wawrzyniec Smoczyński

Wiosna Obamy

Ameryka podnosi się z kolan. Kryzys gospodarczy traci na sile, nowy prezydent oswaja się z realiami polityki, a Amerykanie z nową tożsamością, którą próbuje im zaszczepić Barack Obama.

Na biurowcach wzdłuż Pennsylvania Avenue wciąż wiszą powitalne transparenty. Pod Białym Domem podekscytowani turyści wypatrują w oknach Pierwszej Rodziny, a witryny sklepowe w centrum Waszyngtonu uginają się od prezydenckiej propagandy. Barack Obama jest wszędzie: na kubkach, szalikach, magnesach na lodówki i pudełkach miętusów, w złotych ramach, szklanych kulach i świetlistych aureolach. W każdej księgarni leży na wystawie kilkanaście książek o prezydencie, na stoiskach z prasą specjalne wydania gazet z dnia inauguracji.

George’a Busha nie ma i nigdy nie było. Jedyny ślad po poprzedniku Obamy to wysyp spóźnionych książek o fiasku wojny w Iraku i źródłach kryzysu finansowego, ale bohater tych wydarzeń pozostaje dziwnie nieobecny. Ameryka nie rozlicza swoich przywódców w sądach, ale w sposób bezwzględny wymierza najsurowszą karę, jaka może spotkać polityka: skazuje na zapomnienie, banicję ze świadomości zbiorowej. Dziś trudno sobie wyobrazić, by Bush mógł z niej kiedykolwiek powrócić, funkcjonować w życiu publicznym jak Bill Clinton.

100 dni po inauguracji Waszyngton wciąż zachwyca się Obamą. Spindoktorzy podziwiają jego talent do uwodzenia wyborców, lobbystów fascynuje wprawa, z jaką przekłada dźwignie władzy w stolicy, dziennikarze są zauroczeni jego osobowością i stopniem kontroli, jaką sprawuje nad przekazem medialnym. Sam Obama, choć od trzech miesięcy mieszka pod najbardziej prestiżowym adresem w mieście, wciąż jest tutaj kimś nowym i ostrożnie zaznacza swoją obecność. Wie, że nie może zostać waszyngtończykiem, jeśli chce wygrać następne wybory.

Wśród zwolenników otacza go kult nieporównywalny z niczym, czego może doświadczyć europejski polityk. Dla nich Obama jest nietykalny, na najmniejszą krytykę pod jego adresem odpowiadają gwałtowną obroną. W tej postawie odbija się żywiołowy stosunek Amerykanów do demokracji: chcą bezgranicznie wierzyć w swoich przywódców, podejrzliwi stają się dopiero wtedy, gdy są po temu powody. Do tego ostatnie wybory miały dla demokratów wymiar niemal biblijny – po ośmiu latach Busha liberalna Ameryka wybrała swojego odnowiciela, w dzień inauguracji wprowadziła go na polityczne ołtarze, a teraz adoruje licząc, że w ten sposób pomoże mu pokonać kryzys.

O wiele trudniej znaleźć w Waszyngtonie jawnych przeciwników prezydenta. Z poparciem na poziomie 61 proc. Obama jest zbyt popularny, by republikanie chcieli go frontalnie atakować, zwłaszcza że ich własna partia jest w rozsypce. Od przegranych wyborów dryfuje bez jasnego programu i przywódcy, odwracają się od niej nawet konserwatywni wyborcy, a utożsamia z nią już tylko 27 proc. Amerykanów. Honory antyobamowskiej opozycji pełnią więc konserwatywne media: publicyści telewizji Fox News i radiowy bulterier prawicy Rush Limbaugh.

Mimo tak korzystnej sytuacji politycznej bilans stu dni Obamy nie wypada zachwycająco. Prawda, nowy prezydent odziedziczył po poprzedniku najgorszy kryzys gospodarczy od czasów Wielkiej Depresji i zrujnowany wizerunek Ameryki w świecie. Ale miał też dwa miesiące, by przygotować się na przejęcie władzy, a do Białego Domu wszedł z ogromnym kapitałem zaufania w kraju i za granicą. Tymczasem odpowiedź Obamy na kryzys gospodarczy była pasmem prób i błędów, a jego wkład w niedawne szczyty G20 i NATO trudno uznać za przełomowy.

Od inauguracji minęły trzy miesiące, a Obama wciąż działa w trybie kampanijnym: wyborcy są dla niego ważniejsi od polityków, przemówienia lepsze od dokonań, a wdzięk przeważa nad treścią. U szczytu afery z premiami dla bankierów udał się w pięciogodzinny lot do Kalifornii, by nagrać swój występ w programie rozrywkowym Jaya Leno. Gdy republikanie wytknęli mu, że najwyraźniej nie ma czasu na poważne sprawy, Obama odpowiedział świętym oburzeniem. Ale trzeba było Kongresu, by wymyślił sposób na premie w postaci karnego podatku.

Na Kapitolu Obama otrzymał też najboleśniejszą lekcję. Krótko po inauguracji, wzorem Abrahama Lincolna, wyciągnął rękę do republikanów, proponując im rządy dwupartyjne w Kongresie. Ale pierwszej ustawy prezydenta, tzw. pakietu stymulacyjnego na wsparcie popytu w gospodarce, nie poparł żaden kongresman opozycji i tylko trzech republikańskich senatorów. Mało tego, jego własna partia dopisała do ustawy mnóstwo „wieprzowiny” wyborczej, czyli dotacji dla stanów, które Obama potępiał podczas kampanii. Wystarczyło sto dni, by jego obietnica zmiany zderzyła się z rzeczywistością. Nie tylko tą polityczną w Waszyngtonie.

„Aukcja 300 domów w posiadaniu banków” – głosi billboard w centrum Atlanty. Tylko w marcu tutejsze banki wystawiły na sprzedaż 10 tys. nieruchomości zajętych w trybie komorniczym. Na bruku lądują lekkomyślni kredytobiorcy, ale też Bogu ducha winni najemcy mieszkań, których właściciele przeliczyli się w inwestycjach. Z braku kupców gwałtownie rośnie liczba pustostanów – już teraz Atlanta jest ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]