POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 37 (3076) z dnia 2016-09-07; s. 60-62

Nauka

Edwin Bendyk

Witajcie w antropocenie!

Żyjemy w epoce człowieka. To czas, w którym ludzie zyskali moc kształtowania środowiska, a ślady tej aktywności już na zawsze pozostaną w warstwach geologicznych. Skutki tego zjawiska budzą wśród naukowców kontrowersje.

Stanowisko, by uznać nową epokę geologiczną, zostało przedstawione w Kapsztadzie 29 sierpnia podczas 35. Międzynarodowego Kongresu Geologicznego. Powstała po siedmiu latach pracy Grupy Roboczej ds. Antropocenu liczącej 35 uczonych. Podsumowując dotychczasową pracę, członkowie Grupy uznali, na drodze głosowania, że antropocen jest pojęciem znajdującym realne potwierdzenie w śladach geologicznych (34 głosy za, jeden nieobecny). Na pytanie, czy w takim razie należy rozpocząć procedurę formalizacji antropocenu, 30 osób odpowiedziało: tak, trzy się sprzeciwiły.

Kiedy nowa epoka się rozpoczęła? Zdecydowana większość członków Grupy wskazuje na połowę XX w., kiedy pierwszy wybuch bomby atomowej stał się także sygnałem „wielkiego przyspieszenia”, czyli gwałtownych przemian cywilizacyjnych o globalnym zasięgu. Nic też dziwnego, że najważniejszym śladem nowych czasów jest pluton jako pozostałość opadu promieniotwórczego po licznych próbach wybuchów termojądrowych. Tyle można wyczytać w podsumowaniu dla mediów, przygotowanym przez University of Leicester, w którym pracuje prof. Jan Zalasiewicz, przewodniczący Grupy.

Mimo jednomyślności członków Grupy ds. Antropocenu zbyt wcześnie, by odkorkowywać szampana na przywitanie nowych czasów. Przedstawione w Kapsztadzie stanowisko to dopiero koniec początku. Potrzeba jeszcze dwóch–trzech lat, by znaleźć dodatkowe mocne geologiczne dowody potwierdzające, że początek nowej epoki został właściwie oznaczony. Bo były także inne propozycje, np. 1610 r. z wyraźnie widocznymi skutkami zagłady Indian w Amerykach. Fakt, że kilkadziesiąt milionów osób zajmujących się rolnictwem „zniknęło” w wyniku spotkania z przybyszami z Europy, spowodował powrót lasów na obszarze milionów kilometrów kwadratowych, co z kolei miało m.in. wpływ na skład atmosfery i ilość w niej dwutlenku węgla.

Dodatkowe dowody geologiczne umożliwią przygotowanie formalnego wniosku o uznanie antropocenu, którego akceptacja wymagać będzie wieloetapowej procedury i zaangażowania kolejnych trzech ciał naukowych. Już widać, że na powagę naukowej debaty oddziaływać będą nie tylko naukowe emocje. Wprost pisze i mówi o nich Stanley C. Finney, geolog z California State University w Long Beach, przewodniczący Międzynarodowej Komisji Stratygrafii. Podszczypuje on kolegów z Grupy Roboczej, pokazując, że propozycja formalizacji antropocenu jako nowej epoki na geologicznej skali czasu ma charakter bardziej polityczny niż naukowy i jest próbą uwikłania geologii w aktywistyczną debatę na temat stanu Ziemi i przyszłości ludzkości. W tej debacie naukowa „sakralizacja” antropocenu byłaby koronnym argumentem, że na skutek aktywności człowieka nastąpiły nieodwracalne zmiany w geoekosystemie. Nowa epoka wymaga więc nowych rozwiązań politycznych, społecznych, a także nowego rodzaju wiedzy. Finney nie kwestionuje konieczności działania na rzecz środowiska, kwestionuje jednak wikłanie w to nauki, pytając retorycznie, czy aby z promocji antropocenu nie wyłania się nadmierny antropocentryzm i upolitycznienie?

Złożona procedura formalizacji geologicznej osi czasu i zapisanych na niej epok, er i okresów gwarantuje, że ostateczna decyzja będzie miała charakter naukowy, a zarzuty o upolitycznienie tylko wzmogą intensywność pracy nad poszukiwaniem kolejnych mocnych dowodów i argumentów. Niezależnie jednak od ostatecznej decyzji geologów aktualna pozostanie istota debaty o antropocenie, w której właśnie jak najbardziej nauka powinna spotykać się z polityką. A tą istotą nie jest ani ustalenie konkretnej daty nowej epoki, ani nawet jej formalizacja, lecz uznanie, że „ludzki wpływ na globalne środowisko stał się tak silny i aktywny, że konkuruje z innymi wielkimi siłami natury o wpływ na funkcjonowanie Ziemi jako systemu”, przypomina na łamach prestiżowego tygodnika naukowego „Nature” Clive Hamilton, etyk z Charles Sturt University w Australii.

Ta definicja antropocenu po raz pierwszy z całą mocą została zaproponowana w 2000 r. przez Paula Crutzena, holenderskiego chemika, uhonorowanego Nagrodą Nobla za badania nad chemią atmosfery i wkład w wyjaśnienie mechanizmu powstawania dziury ozonowej. Wtedy to ukazał się artykuł „The »Anthropocene«”, napisany wspólnie z Eugene Stoermerem. W artykule uczeni odwoływali się do bogatej tradycji myślenia o Ziemi jako złożonym systemie, którego różnorodne elementy połączone są więzami współzależności. Przypomnieli m.in. dorobek Włodzimierza Wiernadskiego, radzieckiego uczonego, pioniera analizy systemowej, który już w latach 20. XX w. zwracał uwagę na rosnący wpływ aktywności człowieka na biosferę, i Pierre’a Teilharda de Chardin, uczonego jezuity, który wprowadził do obiegu pojęcie „noosfery”.

Crutzen i Stoermer w swym artykule pokazali, jak bardzo w ciągu XX w. wzrósł wpływ człowieka na ziemski system i jak też jednocześnie wzbogaciła się wiedza umożliwiająca krytyczną analizę tego wpływu. I to właśnie oni swoje naukowe podsumowanie stanu ziemskich spraw kończą polityczną konkluzją: antropocen jest faktem, który wymaga wypracowania ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]