POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2014-05-28; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 15. Jak przetrwać zgryzoty, ciosy, życiowe dramaty.; s. 15

Gdy zdarzy się niemożliwe

Witold Pawłowski

Witajcie w klubie kraba

Czy warto czytać książki o raku? Raczej tak. Bo jak uszczypnie, właściwie zostajesz sam.

Co trzecia kobieta i co drugi mężczyzna doświadczy w swoim życiu nowotworu. Tak zaczyna swoją opasłą biografię raka Siddhartha Mukherjee, amerykański onkolog, rocznik 1970, urodzony w New Delhi. Te dane dotyczą Ameryki, polskie różnią się niewiele, bo istotą tej statystyki jest stale rosnąca długość życia. Ludzie mają coraz więcej czasu na spotkanie z rakiem. A właściwie z krabem, bo starogreckie karkinos u Hipokratesa to właśnie guzowaty okrągły krab mocno wczepiony w piasek. Z niego wziął się łaciński cancer. Gdzieś to później zaginęło w tłumaczeniu – i mamy raka. Jako uproszczony, umowny synonim tysięcy odmian nowotworów, które w istocie łączy jedno: patologiczne namnażanie się komórek. W dodatku każda z tych odmian w każdym jednostkowym przypadku przebiega inaczej. Są reguły, statystyki i rokowania, ale także niezliczone indywidualne wyjątki od tych reguł. Dlatego, przy wszystkim co wspólne, każdy rak jest inny, i to z tym konkretnym przychodzi walczyć na swój własny sposób.

W rakowym słowniku dużo jest ekstremizmów: walczy się, stacza pojedynki, wygrywa i przegrywa rundy, zwłaszcza ostatnią. Bo jest jeszcze jedna, równie istotna, wspólna cecha nowotworów: strach. Tej perwersyjnej magii doświadczył Mukherjee, kiedy po studiach trafił w 2003 r. na dwuletni staż onkologiczny, w sam środek niezliczonych walk, przypadków, osobowości. Z tych doświadczeń wzięło się narastające w nim przekonanie, że ten przeciwnik to w istocie „doskonalsza wersja nas samych”. Doskonalsza, bo komórki rakowe dążą do nieśmiertelności. Mutujące się tkanki potrafią się świetnie bronić, lepiej się adaptują do nowych warunków, a przeganiane chemią umieją (jak w przypadku ostrej białaczki limfoblastycznej) ukryć się w mózgu, gdzie nie dociera dożylne leczenie. „Coraz silniej czułem – zwierza się Mukherjee – że myślę nie o czymś, a o kimś”.

W tej opowieści, poprowadzonej przez dzieje aż do dziś, podpartej dużym literackim talentem (nagrodzonym Pulitzerem), rak wyrasta na naszego złośliwego sobowtóra. Fenomenalnie skutecznego najeźdźcę i kolonizatora. Znanego od czterech tysięcy lat, ale przecież w sumie bardzo współczesnego, bardzo w duchu dzisiejszej patologii nadmiaru. „Chciałem zajrzeć w umysł tej nieśmiertelnej choroby, podjąć próbę zrozumienia jej osobowości”. Stąd ni mniej, ni więcej tylko biografia raka, „cesarza wszech chorób” – cesarza z uwagi na respekt, jaki budzi, jak i klasę prowadzonego pojedynku. Z wielu postaci od stuleci zaangażowanych w ten pojedynek Mukherjee upodobał sobie szczególnie dwie.

Droga zawodowa Sidney’a Fabera, ojca chemioterapii, dobrze ilustruje, jak bardzo po omacku poruszali się badacze, jak wiele było prób i błędów oraz przypadkowych odkryć. I jak w sumie daleko, przy wszystkich ograniczeniach, ta metoda doprowadziła, traktowana jako naukowa sztafeta. W podobny sposób rozwijała się chirurgia onkologiczna, choć po drodze przeżyła kilka bardzo przykrych epizodów. Jednym z nich był „zabieg Halsteda”, czyli tzw. mastektomia radykalna, bardzo głęboka ingerencja chirurgiczna, z czasem rozwinięta przez zelotów w super- i ultraradykalną, masakrująca pacjentki, a w przypadku gdy wcześniej doszło do przerzutów – całkowicie bezużyteczna. Debata wokół „źle pojętego miłosierdzia” – takim językiem bronili się zwolennicy brutalnego skalpela – była jedną z gorętszych w branży. Otarła się o podstawowy, generalnie nierozstrzygalny, dylemat: co kosztem czego, ile darowanych miesięcy kosztem uporczywej odczłowieczającej terapii.

Klub kraba ma swój magiczny talizman: remisję. Tak jak złe komórki potrafią mnożyć się bez opamiętania, nie dając żadnej nadziei, tak potrafią cudownie zniknąć, nie zawsze wiadomo dlaczego. Pytanie: na jak długo i co potem oraz dlaczego cud znikania nie chce się powtórzyć, należy do najbardziej wyrafinowanych tortur cesarza. Nad coraz większymi i nowocześniejszymi centrami – fabrykami onkologii – powinien palić się ostrzegawczy neon pożegnalny dla tych, którym się udało: „Uwaga, to tylko remisja”. Ale rak bez elementu nadziei nie miałby przecież takiej władzy.

Druga ulubiona postać autora – Mary Lasker, manhattańska lwica salonowa, mistrzyni w zbieraniu środków na badania, z kampanii przeciw rakowi potrafiła uczynić kampanię polityczną. Zaangażowała w nią ekipę Nixona („Panie prezydencie, może pan wyleczyć raka!”), a dyskretnie skrywaną chorobę uczyniła sprawą publiczną. To były trzy kluczowe elementy antyrakowej krucjaty, która dokonała się w ciągu trzech ostatnich dekad, głównie w Ameryce, bo tu stopniowo z Europy przeniosła się ta historia. Finanse zapewniły masę krytyczną: postęp w badaniach i metodach statystycznych. A wczorajsza sekretna choroba stała się elementem popkultury.

Gdzie dziś jesteśmy w klubie kraba? Gdyby żyła dziś Atossa, chora na raka piersi perska królowa z V w. p.n.e., która intuicyjnie zaordynowała sobie prymitywną formę mastektomii, zostałaby zapewne włączona do intensywnego programu przesiewowego – tłumaczy nasz reporter onkolog. Guz wykryty w badaniu rezonansowym we wczesnym przedinwazyjnym stadium zostałby w porę usunięty. Gdyby jednak u Atossy nastąpiły ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]