POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 1 (2433) z dnia 2004-01-03; s. 28-33

Kraj / Polityczne polowania

Agnieszka Rybak

Władza na rykowisku

Polska polityka nie może się obejść bez łowów. Politycy chętnie załatwiają interesy i ocieplają kontakty przy akompaniamencie wystrzałów, zapachu świeżej krwi i dobrze zmrożonej wódki. Myśliwi to klan wtajemniczonych, a ten nie może się obyć bez dygnitarzy.

Stanisław Żelichowski, poseł PSL, leśnik-myśliwy, który kilka razy zasiadał w ministerialnym fotelu, wspomina, jak to kiedyś znalazł się na polowaniu pod Warszawą. Towarzystwo było doborowe: politycy, biznesmeni, duchowni, a on po dojeździe na miejsce zorientował się, że nie ma ani jednego naboju w lufie. Choć znał prawie wszystkich uczestników polowania, krępował się zwrócić o pożyczkę. Wziął więc broń bez naboi. Gdy na początku zając uszedł mu spod lufy, wyjaśnił, że pierwszemu zwierzakowi zawsze darowuje życie. Gdy sytuacja powtórzyła się pod koniec polowania, wytłumaczył, że ma w zwyczaju darować życie także ostatniemu. – Koledzy byli zdumieni. Dostałem wtedy kindżał z napisem: „Najbardziej etyczny myśliwy” – mówi Żelichowski.

Na zwykłym polowaniu minister dostałby tytuł pudlarza, którym myśliwi oceniają talenty najgorszego strzelca. Na polowaniu politycznym go nagrodzono, bo w tej zabawie zmieniają się reguły gry: nie chodzi o to, by dopaść zająca, ale by gonić go. Liczy się fakt uczestnictwa w wydarzeniu, potwierdzenie przynależności do towarzystwa.

Polskie myślistwo ma bogatą tradycję, dlatego ci, którzy teraz strzelają, mają się do czego odwołać. Polowali królowie, szlachta strzelała szaraki, arystokracja niedźwiedzie, a po nich pański przywilej przejęli włodarze PRL. Dla premiera Jaroszewicza, generałów Siwickiego i Kiszczaka polowanie stanowiło styl życia. Czesław Kiszczak, choć z powodu znacznej utraty słuchu od trzech lat nie poluje, do dziś nie może się nadziwić, że generałowi Jaruzelskiemu nie szło, choć próbował. – Do polowania i gry w brydża nigdy nie miał serca – kwituje.

We wpływowym towarzystwie ludzi władzy niejeden chciał się znaleźć. Nic więc dziwnego, że przez 80 lat w siłę rósł Polski Związek Łowiecki, jedyna w naszym kraju organizacja, która zrzesza myśliwych. PZŁ, choć tradycjami sięga przedwojnia, siłę budował za czasów PRL. To wtedy powtarzano, że tak naprawdę nie wiadomo, kto w Polsce rządzi – PZPR czy PZŁ?

Majątek organizacji wart jest obecnie 52 mln zł, ale prawdziwą wartość stanowią ludzie: 102 tys. członków, z których każdy wpłaca na rzecz organizacji 204 zł rocznie, nie licząc oczywiście składki w kołach łowieckich.

Roczniki stare i nowe

PZŁ jest silny siłą wpływowych członków. O potędze tej organizacji można się było przekonać w listopadzie podczas obchodów 80-lecia związku. Na uroczystości do fabrycznej hali EXPO XXI na warszawskiej Woli, gdzie jeszcze tydzień wcześniej bito seksualny rekord Polski, przyjechał minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Ungier z Kancelarii Prezydenta, Jan Truszczyński, główny negocjator z UE, i niezliczona rzesza parlamentarzystów. Przybyli marszałek Senatu Longin Pastusiak i jego zastępca Ryszard Jarzembowski, choć żaden z nich nie poluje. Honorowi goście dopisali tak bardzo, że w pierwszych rzędach trzeba było dostawiać krzesła. Lech Bloch, Łowczy Krajowy (ten tytuł przysługuje zwyczajowo przewodniczącemu PZŁ), nie kryje zadowolenia: – Widać, że organizacja jest ceniona.

PZŁ to potęga w kręgach władzy. W Polsce jeden myśliwy przypada średnio na 360 obywateli, ale w parlamencie mamy ich olbrzymią nadreprezentację: członkiem PZŁ jest co szósty poseł i senator, nie licząc sympatyków łowiectwa, mnożących się jak ptaki krukowate (dla myśliwych to szkodniki pustoszące lasy). Na sali sejmowej myśliwi siedzą po lewej i w środku. Najgęściej w ławach SLD i PSL. W znikomym stopniu występują w partiach nowej generacji takich jak Platforma Obywatelska. To spadek po najnowszej historii Polski, gdy bycie myśliwym oznaczało przynależność do establishmentu władzy. Posłowie z prawej strony się od tego dystansują.

Wartość związków z łowiectwem doceniają jednak parlamentarzyści najświeższego naboru – zwłaszcza posłowie Samoobrony. To właśnie Alfred Budner, pierwszy myśliwy w partii Leppera, który namiętność do polowania przejawiał od dziecka, a w domu trzyma broń myśliwską dziadka z 1906 r., założył parlamentarny Zespół Myśliwych i Sympatyków Łowiectwa. Należy do niego 78 osób, w tym znaczna część klubu Samoobrony z Renatą Beger na czele. Towarzystwem zdominowanym przez Samoobronę niektórzy myśliwi są zniesmaczeni. Lubuski baron Andrzej Brachmański, myśliwy sympatyzujący z władzami PZŁ, nie ma ochoty tłumaczyć się z nieobecności w tym zespole. Mówi, że nie jest, bo nie. I to wyjaśnia wiele. Jego klubowy kolega Jerzy Czepułkowski na zebraniu założycielskim nie zabawił długo: – Wstałem i wyszedłem, bo to nie jest ten zespół, w którym chcę realizować ambicje łowieckie. Chęci do polowania z Samoobroną nie przejawiają ani Wiesław Kaczmarek, ani Włodzimierz Cimoszewicz. Z posłów Platformy Obywatelskiej na liście figuruje ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]