POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 21-23

Polityka

Ewa Siedlecka

Wolność inwigilacji

Policja łamie prawo, sięgając po dane telefoniczne w sprawach o wykroczenia – wykryła Fundacja Panoptykon. Po zmianie przepisów inwigilacyjnych przez PiS nawet sama informacja o sięganiu po dane telekomunikacyjne, czyli „billingowanie”, stała się tajemnicą chronioną prawem.

Sięgając po dane z telefonów mobilnych, policja może ustalić listę uczestników każdej antyrządowej demonstracji. A w grudniu zeszłego roku przekonaliśmy się, że wykroczeniem może być spontaniczna demonstracja przed Sejmem czy trąbienie wuwuzelami przed kamerą publicznej telewizji. – Brak kontroli inwigilacji to systemowy problem prowokujący nadużycia. Jeśli prawo jest łamane w sprawach błahych, to może być łamane np. do celów politycznych. Jeśli policja i służby sięgają po dane telefoniczne dla ścigania wykroczeń, to mogą też „billingować” polityków opozycji, dziennikarzy, aktywistów, sędziów, adwokatów – mówi prezeska Fundacji Panoptykon Katarzyna Szymielewicz.

Sięganie po dane telekomunikacyjne w sprawach o wykroczenia to przestępstwo nadużycia władzy (art. 231 kk). Ale prawdopodobnie nie spotka za to funkcjonariuszy odpowiedzialność, bo PiS zadbał, by takie łamanie prawa było „informacja niejawną”. Zresztą przestępstwem jest tylko czyn szkodliwy społecznie. A wszystko, co poszerza kontrolę władzy nad obywatelami, jest przez tę władzę uważane za społecznie pożyteczne.

Fundacja Panoptykon od lat walczy o niezależną kontrolę nad skalą i legalnością inwigilacji. To dzięki jej raportowi w 2011 r. zaczęło się w Polsce mówić o niekontrolowanym i nieograniczonym prawem korzystaniu przez policję i służby z danych telekomunikacyjnych. A z nich można wyciągnąć więcej informacji o naszym życiu niż z podsłuchów: o kontaktach, poglądach, obyczajach, zdrowiu. Informacje, które kiedyś mozolnie i latami zbierali tajni współpracownicy, teraz funkcjonariusz zdobywa jednym naciśnięciem klawisza: ściąga od teleoperatorów dane, z których wyczytać można niemal wszystko. I bez wysiłku, bo służą do tego specjalne programy do analizy danych. Według polskiego prawa nie trzeba być nawet podejrzanym, żeby władza sięgnęła po te dane.

Okazało się, że zajmujemy w Unii pierwsze miejsce, jeśli chodzi o ten rodzaj inwigilacji: ponad 2 mln „sięgnięć” po dane rocznie. Informacja o skali inwigilacji jest formą jej kontroli. Fundacja Panoptykon zabiegała więc o publiczne podawanie tych danych i co roku wydobywała je od policji i służb. Czasem musiała walczyć w sądzie, powołując się na ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Po sześciu latach wróciliśmy do punktu wyjścia: dzięki uchwalonej w zeszłym roku tzw. ustawie inwigilacyjnej informacje o inwigilacji stały się tajemnicą państwową. Kiedy w tym roku Panoptykon zapytał policję, służby i sądy (te ostatnie według ustawy inwigilacyjnej mogą z własnej inicjatywy kontrolować post factum prawidłowość sięgania po dane telekomunikacyjne), ile razy, która służba i po jakie dane sięgała – spotkał się z odmową. Policja, służby i sądy uznały bowiem, że skoro ustawa mówi, że półroczne sprawozdania policji i służb przekazywane są sądom „w trybie ustawy o ochronie informacji niejawnych”, to znaczy, że same są „informacją niejawną”. I nie podlegają udostępnieniu.

Minister sprawiedliwości ma tylko raz do roku przedstawiać Sejmowi „zagregowane dane”. Nie dowiemy się z nich ani po jakie dane sięgano (np. lokalizacja, kontakty), ani która służba, ile razy i w sprawie jakich przestępstw to robiła. – Paradoksem jest, że to, co było przez lata jawne, nagle stało się informacją, której „ujawnienie może mieć szkodliwy wpływ na wykonywanie przez organy władzy publicznej lub inne jednostki organizacyjne zadań w zakresie obrony narodowej, polityki zagranicznej, bezpieczeństwa publicznego, przestrzegania praw i wolności obywateli, wymiaru sprawiedliwości albo interesów ekonomicznych RP” – mówi Wojciech Klicki z Panoptykonu, cytując definicję informacji niejawnej. I zwraca uwagę, że potrzeby utajniania danych liczbowych w żaden sposób nie uzasadniono.

Panoptykonowi udało się zdobyć informacje z jednego z półrocznych raportów Komendy Stołecznej Policji oraz Komendy Wojewódzkiej w Opolu. Sama tylko Komenda Stołeczna poinformowała o 40 tys. „sięgnięć” po dane. Z kolei ze sprawozdania sądu wynika, że Komenda Wojewódzka Policji w Olsztynie pobrała dane 17 tys. 380 razy. Z tym że według nowych przepisów do takich „sięgnięć” nie zalicza się już zapytań o dane osobowe właściciela danego numeru. Okazało się, że policja pobiera także dane wbrew prawu: sięgała po nie w sprawach karnoskarbowych, choć nie ma do tego uprawnień. – Być może powinna mieć takie uprawnienia, ale póki nie ma, łamie prawo – mówi Wojciech Klicki.

Bardziej bulwersujące jest jednak to, co Panoptykonowi przekazał jeden z sędziów, który sprawdzał sprawozdanie z półrocznego sięgania po dane telekomunikacyjne w swoim okręgu sądowym. Policja pobierała tam dane telekomunikacyjne w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]