POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 22-24

Esej

Herta MüllerKatarzyna Leszczyńska  [tł.]

Wolność jest czymś, czego jedni się boją, a inni nie

Herta Müller, laureatka Literackiej Nagrody Nobla, wybitna niemieckojęzyczna pisarka urodzona i przez lata mieszkająca w Rumunii, opowiada o skażeniu strachem społeczeństw Europy Wschodniej. Jest także o dzisiejszej Polsce.

Pewnego zimowego dnia poszłam z matką do sąsiedniej wsi, trzy kilometry przez śnieg, żeby kupić futro z lisa na kołnierz do płaszcza. Futrzany kołnierz miał być moim gwiazdkowym prezentem.

Futro było całym lisem, z rudawym jedwabnym połyskiem. Miało głowę z uszami, wysuszony pysk i na łapach czarne zasuszone poduszeczki z białymi jak porcelana pazurami. I ogon tak puszysty, jakby nadal był w nim wiatr. Lis żył. Już nie w lesie, ale w swym zakonserwowanym pięknie. Myśliwy miał włosy rude jak lis. Poczułam się nieswojo. Być może dlatego spytałam, czy sam go zastrzelił. Odpowiedział, że do lisów się nie strzela, one wpadają w sidła. A teraz miał być z niego kołnierz do płaszcza. Chodziłam jeszcze do szkoły i nie chciałam nosić na szyi, tak jak starsze panie, całego lisa, z głową i łapami, marzył mi się kawałek futra jako kołnierz. Lis był jednak zbyt piękny, aby go pociąć. Dlatego towarzyszył mi przez lata i wszędzie, gdzie mieszkałam, leżał na podłodze jak zwierzę domowe. Pewnego dnia potrąciłam nogą futro i ogon się przesunął. Był obcięty. Kilka tygodni później obcięta była prawa tylna łapa, potem lewa. Kilka miesięcy później po kolei przednie łapy. Służba bezpieczeństwa podług własnej woli wchodziła i wychodziła z mojego mieszkania. Jeśli chcieli, zostawiali znaki. Po drzwiach wejściowych niczego nie było widać. Miałam zrozumieć, że w moim własnym mieszkaniu może mi się przytrafić to samo co lisowi. Pracowałam wtedy w fabryce i tłumaczyłam instrukcje obsługi maszyn importowanych z Niemiec. Również w biurze co kilka dni pojawiał się kapitan Securitate. Chciał zrobić ze mnie szpicla. Najpierw za pomocą pochlebstw. A gdy odmówiłam, rzucił wazonem z kwiatami o ścianę i zaczął mi grozić. Na pożegnanie powiedział: Jeszcze tego pożałujesz. Wrzucimy cię do wody. Najpierw jednak zostałam wyrzucona z fabryki. Teraz byłam bezrobotnym wrogiem państwowym. Podczas kolejnych przesłuchań tajniak nazywał mnie „elementem pasożytniczym”. Przywodziło to na myśl robactwo. Ta sama bezpieka, która spowodowała moje zwolnienie, oskarżała mnie teraz z tego powodu i groziła więzieniem.

Tak to było z pracą. Obowiązywały zasady jak w wojsku. Każdy codziennie musiał stawić się przed państwem. Kiedy przychodziliśmy o wpół do siódmej do pracy, nad fabrycznym dziedzińcem rozbrzmiewała aż do nieba marszowa muzyka. Szliśmy, chcąc nie chcąc, w jej rytm. Każdy docierał na swoje miejsce. Robotnicy do taśm, a my, pracownicy biurowi, do biurek. Potem szło się pod prysznic, umyć włosy. Potem kawa i malowanie paznokci. Trochę dłubaniny i już była przerwa obiadowa z muzyką marszową z głośników. Obecność była o wiele ważniejsza niż produktywność. Od pierwszego dnia pracy do emerytury pensję dostawaliśmy za posłuszeństwo. Nie miało znaczenia, czy się coś produkowało czy nie. Nasza fabryczna dewiza brzmiała: nie rób dzisiaj tego, co zaniedbałeś wczoraj, ponieważ jutro może to być już niepotrzebne.

Tresura strachu

Kiedy opowiedziałam matce o lisie, miał już obcięte wszystkie cztery łapy. Matka spytała: „Czego oni chcą od ciebie?”. Odpowiedziałam: „Strachu”. Gdyż taka była prawda. To krótkie słowo wyjaśniało wszystko. Całe państwo było jedną wielką budowlą strachu. Żyli w nim władcy strachu i zastraszony lud. Każda dyktatura składa się z tych, którzy napędzają strachu innym, i tych, którym strachu się napędza. Z napędzaczy strachu i gryzących ze strachu. Zawsze uważałam, że strach jest codziennym narzędziem napędzaczy strachu i chlebem codziennym gryzących ze strachu. Tak było przed 1989 r. w całej Europie Wschodniej. Kiedy moja matka zobaczyła okaleczonego lisa, też poczuła strach. Strach o mnie i strach o siebie. Powiedziała: „Kiedyś wylądujesz martwa w rowie. Nie po to cię wychowywałam”. Potem przełknęła, przewróciła oczami i dodała: „Inni biją brawo i zarabiają pieniądze. A ty narażasz rodzinę na niebezpieczeństwo”. Odczuwała podwójny strach. O mnie i przede mną. Ten podwójny strach spotykałam w całym kraju. Nigdy więcej nie znalazłam stałej posady i nie wiedziałam, z czego mam żyć. W ogóle nie miałam pieniędzy. Czasami dostawałam dorywczą pracę w szkołach. W drodze do pokoju nauczycielskiego słyszałam szum głosów. Jak tylko otwierałam drzwi, zapadała cisza jak w kościele. Wszyscy patrzyli na mnie przez chwilę i zaczynali szeptać. Im ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]