POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 13 (2497) z dnia 2005-04-02; s. 100-105

Na własne oczy

Witold Pawłowski

Wracajcie do raju

Hotelarze na tajlandzkich wyspach Phuket i Phi Phi przekonują, że wszystko jest w porządku. A nawet lepiej. Woda czystsza, nawieziony piasek jaśniejszy, przyroda jeszcze bujniejsza. Zapewniają poważnym tonem, że badano ryby i nie zawierają ludzkich szczątków. Tsunami? Jakie tsunami?

U Michala Zitka, w Holidayu na wyspie Phi Phi, Perle Andamanów, dziś wylądowali tylko państwo z Izraela, a wczoraj para z Australii. To niewiele, jak na 77 bungalowów z łóżkami kingsize i widokiem na rafę koralową, i gdzie upiaszczone stopy polewa się gościom wodą z płatkami orchidei. Holiday na Phi Phi – ze swoim sloganem reklamowym: Pokażemy ci kawałek raju – przetrwał dzięki tej rafie. Fala na niej straciła impet; gdy dotarła do brzegu – podtopiła, zniszczyła, ale nie zabiła. Obok na cyplu, na wyciągnięcie ręki, gdzie nie sięga rafa, zginęło pięć osób. Reszta uciekła – telewizja CNN długo powtarzała te sceny – i już nie wróciła.

Zitek, Australijczyk z czeskimi korzeniami, nie ma do telewizji pretensji, bo relacje były uczciwe, tyle że wycinkowe, szukające dramatu. Teraz rzecz jasna żadna ekipa tu nie przyjedzie, aby pokazać, że w Holidayu po zniszczeniach ani śladu, obsługa pod parą, wygłodniała turystów. To niesprawiedliwe, zarzeka się Zitek.

Całe tsunami było niesprawiedliwe, uderzyło na oślep, losowo, punktowo, właściwie nie wiadomo, na jakiej zasadzie jednych ocaliło, a innych zgubiło, wybrało jedną zatoczkę, a oszczędziło sąsiednią, skręciło na lewo, a nie na prawo. Wybrało na przykład hotel Tropica na plaży Patong na Phukecie, z którego prawie nic nie zostało, a sąsiedni Bay Garden ledwie tknęło, jeszcze obsługa zdążyła wyłowić z wody pływające bagaże gości z parteru.

W odruchu buntu Zitek wysyła maile do osób, które odwołały przyjazd. Zna dobrze argumenty: tu nie chodzi o poczucie bezpieczeństwa, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa kolejna taka fala uderzy najwcześniej za sto lat. Rzecz raczej w ogólnym dyskomforcie: jak tu świętować na cmentarzu, zakłócać innym żałobę. To jest czysto zachodnia optyka, zupełnie fałszywa – przekonuje. Jeśli naprawdę ktoś ma odruch solidarności, to powinien tu być. Nie ma lepszej, bardziej bezpośredniej formy pomocy, niż zostawić tu urlopowe pieniądze. One, bez pośredników, trafią do tych co trzeba.

Czerwona strefa

Zitek przygotował dla gości mapę Phi Phi z zaznaczoną czerwoną strefą. To tu lokalni ucierpieli najbardziej. Niektórzy zeszli do jednej porcji ryżu dziennie. To tutaj powinno się robić zakupy, jechać na kolację, kupować pamiątki – tłumaczy. Ma to może urok sutego balu dobroczynnego na rzecz biedaków, ale Zitek oddala tego typu skojarzenia. No i ci goście najpierw musieliby być.

Na wyspie Phuket, znanej z katalogów biur podróży, czerwona strefa objęła trzy duże plaże, w tym najsłynniejszą – Patong, tajską Copacabanę. Plaża Naiyang, na północy, ucierpiała mniej. To znaczy w miejscu, gdzie tuż przy piasku w pasie drzew był bar Pramuana Rugjaia, została wielometrowa wyrwa. Po sąsiednich sklepikach i małych restauracjach też niewiele zostało.

26 grudnia tsunami przyszło do Naiyang o 9.55. Najpierw cofnęło się morze o dobry kilometr, jak nigdy dotąd podczas największego odpływu. Gdzieś po pięciu minutach przyszły kolejno dwie fale, obszerne, ale wolne. Przeleciały przez plażę i pognały w stronę lądu. Rugjai w pierwszym odruchu pobiegł na parking, gdzie zostawił samochód. Pojazd bujał się na wodzie i nic już nie można było zrobić.

Wtedy pobiegł w stronę baru ratować, co się da. Mijała może trzecia minuta. Na horyzoncie zobaczył czarną górę wody. Zawrócił w pół drogi i znów ruszył w stronę lądu. Wtedy ostatni raz widział brata, z którym prowadzili bar. Nie wiedzieć czemu skręcił on w stronę siatki ogradzającej Pearl Village, wysokiej, z drutem kolczastym. Może zgubił drogę z powodu białej, szczypiącej w oczy gęstej mgły, która przyszła razem z wielką wodą? Fala musiała go dopaść gdzieś pod siatką – i później zabrać, i do dzisiaj nie oddać. Nie ma go – ucina Rugjai i to wszystko, co chce na ten temat powiedzieć.

Ta ostatnia wielka fala – opowiada – była jak wielki walec, który wszystko wkręca pod siebie. On sam wpadł w otwartą bramę ośrodka – i właściwie niewiele więcej pamięta. Ocknął się, kiedy woda opadała, i zobaczył swój samochód w hotelowym basenie.

Następnego dnia był na plaży. Był też Buncha Intiapat, który prowadził po sąsiedzku małe biuro turystyczne, a prawdę mówiąc jest naganiaczem namawiającym turystów na wycieczki na Phi Phi, Wyspę Jamesa Bonda i nurkowanie na Ko Doc. Była też Maria z kuchni i Monica od masażu –&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]