POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 5 (2639) z dnia 2008-02-02; s. 32-37

Raport

Piotr Sarzyński

Wrzask w przestrzeni

Co mamy w Polsce piękne? Góry, morze, jeziora i lasy, niektóre zabytki. Co brzydkie? Całą resztę, czyli radosne dzieło naszych rąk. Rodzima urbanistyka jest rozwichrzona jak fryzura gwiazdora TVN Szymona Majewskiego. Niefunkcjonalna jak jego niegdysiejsze wynalazki.I jak on – nieprzewidywalna.

Teoretycznie wszystkim leży na sercu piękno naszych miast i wsi. W przeprowadzonych przed dwu laty przez CBOS badaniach aż 86 proc. rodaków deklarowało zainteresowanie jakością i wyglądem swego otoczenia. Media bez przerwy upominają się o ładne osiedla, nowe drogi i skwery. A władze wszelkich szczebli zgodnie zapewniają, jak bardzo starają się dbać o komfort życia swoich mieszkańców. Praktyka jednak nijak ma się do tych deklaracji. Mamy w kraju 800 miast i miasteczek oraz 50 tys. wiosek. I wątpię, by wśród nich znalazło się choć jedno takie miejsce, w którym – z urbanistycznego punktu widzenia – nie byłoby się do czego przyczepić. Żyjemy w środowisku niefunkcjonalnym, nieprzyjaznym i po prostu brzydkim. Skąd to się wzięło i co z tym robić?

Czterej jeźdźcy Apokalipsy

Przez pejzaż polskich miast przetoczyli się czterej jeźdźcy Apokalipsy, pozostawiając po sobie ów przykry stan estetycznego chaosu i funkcjonalnej dezorganizacji. Co ciekawe, nawet specjalnie nie odbiegali od swych biblijnych pierwowzorów. Pierwsza nadciągnęła wojna. I choć od jej zakończenia upłynęło już ponad 60 lat, to urbanistyczne skutki owego kataklizmu odczuwamy do dziś. W tradycyjnej zabudowie naszych miast poczyniła spore wyrwy, a w niektórych przypadkach (Warszawa, Wrocław) potężnie ją zrujnowała.

Część z tych ubytków udało się odtworzyć, w większości jednak pozostały puste place, dziury w zabudowie, przetrzebione pierzeje ulic. I wówczas pojawił się jeździec drugi – zaraza, czyli socjalizm. Lista chorób, którą rozsiała po kraju, jest długa: gigantomania (Pałac Kultury i Nauki), swoiście rozumiane poczucie piękna (uboga wersja modernizmu w postaci karykaturalnych ciągów wieżowców), standaryzacja (słynne jednorodzinne domki-klocki), egalitaryzm (wielkie osiedla w różnych miastach podobne do siebie jak dwie krople wody, „1000 szkół na tysiąclecie” budowanych według jednego projektu), lekceważący stosunek do tzw. małej tradycji (przedwojenne kamienice, dworki). A wszystko to zcentralizowane, nie pozwalające na jakiekolwiek przejawy indywidualizmu czy samodzielności.

Urbanistyka PRL była do bólu nudna, ale z profesjonalnego punktu widzenia często poprawna, a nawet harmonijna. Jeśli stawiano nowe osiedle, to obowiązujący normatyw nakazywał, by znalazła się tam szkoła, ośrodek zdrowia, dom kultury i sklepy. Drogi – jak na ówczesne potrzeby – budowano wystarczająco szerokie. Jeżeli domy były wysokie, to konsekwentnie wszystkie, by nic nie zaburzało socjalistycznej harmonii. – Mimo ideologicznego gorsetu mieliśmy wówczas naprawdę dobrą, cenioną w świecie urbanistykę. To przecież Polacy odbudowywali po trzęsieniu ziemi Skopie czy planowali rozwój Bagdadu. Ale pamiętajmy, że tradycje urbanistyki polskiej są o wiele starsze niż PRL. Plan urbanistyczny Warszawy powstał w 1916 r., a w latach 30. Szymon Syrkus i Jan Chmielewski tworzyli urbanistykę na poziomie światowym – przypomina dr Adam Kowalewski, przewodniczący Głównej Komisji Urbanistyki przy ministrze budownictwa. Bywały projekty naprawdę wybitne: Sady Żoliborskie w Warszawie, Nowe Tychy Wejchertów czy osiedle Słowackiego w Lublinie, zaprojektowane przez Oskara Hansena. A później Ursynów.

Ale wraz z 1989 r. pojawił się jeździec trzeci: głód, czyli kapitalizm. Głód wszystkiego: pieniędzy, sukcesu, nowych biur, prestiżu, prywatyzacji. Głód, który sprawił, że przestały obowiązywać wszelkie dotychczasowe reguły planowania, zastąpione jedną: kto ma gruby portfel, ten decyduje. O ile PRL pozostawił po sobie nudną harmonię, o tyle kapitalizm szybko przerobił ją w groteskowo barwny chaos. Trzeba zresztą przyznać, że warunki po temu były sprzyjające. Albowiem w ramach gwałtownego odcinania się od socjalizmu, wahadło maksymalnie odchyliło się w drugą stronę: całkowitej urbanistyczno-architektonicznej wolności. Teoretycznie nie jest źle. Mamy stosunkowo świeżą (2003 r.) Ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz co najmniej 60 innych ustaw, regulujących sprawy ładu urbanistycznego. Większość uprawnień przekazano samorządom. Ale w praktyce pozostajemy – w cywilizowanym świecie – bodaj najbardziej liberalnym krajem w tym zakresie. Zaś tam, gdzie władze administracyjne podejmują jakiekolwiek decyzje (drogi, mosty), panuje atrofia decyzyjna, latami ciągną się dyskusje i przetargi. Wymyśla się też projekty, od których fachowcom włosy jeżą się na głowie. Jak propozycja ministra budownictwa w rządzie PiS Mirosława Barszcza, by automatycznie odrolnić wszystkie grunty w miastach i wokół nich. – O tym pomyśle da się tylko jedno powiedzieć: straszny i grożący katastrofalnymi skutkami – oburza się prof. Tadeusz Markowski, prezes Towarzystwa Urbanistów Polskich. – Pogłębia chaos służący tylko interesom spekulacyjnym – dodaje dr Kowalewski.

Nic dziwnego, że na tak przygotowanym przez wilczy i niepohamowany kapitalistyczny głód gruncie obfite żniwo zbiera jeździec czwarty: śmierć. Ostatecznie na naszych oczach umiera miasto przyjazne, wygodne, ładne. Już to, co pozostawił w spadku PRL, było niedoskonałe. „Powojenne polskie miasto drugiej połowy XX wieku – to odbudowane starówki plus liczne, luźno z nimi powiązane wielkie osiedla mieszkaniowe. Ta tendencja przenosi ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]