POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 12-14

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Wstrząsy w imperium

Partia Kaczyńskiego poczuła się wszechmocna, pozbyła się ostatnich hamulców i weszła w okres cezaryzmu. Zapowiedź podwójnego weta prezydenckiego to sygnał, że imperium PiS zaczyna się chwiać.

Władzy wydawało się, że kolejne pomysły rozmontowujące demokratyczny system będą przyjęte bez szemrania, bo przecież partia-matka ma „miażdżącą przewagę”, a społeczeństwo jest zajęte konsumpcją przyznanego socjału. Ale nagle najwyraźniej doszło do jakiejś kumulacji, przy kwestii ustaw sądowych wyszły inne rzeczy: to, że Trybunał Konstytucyjny jest fikcją i nigdy nie sprzeciwi się rządzącym, że państwowa telewizja jest bezwstydnie dyspozycyjna, że za chwilę PiS zagrozi PKW, organizacjom pozarządowym, prywatnym mediom. Może zwłaszcza młodzi Polacy dostrzegli w końcu wyraźnie to, co PiS zrobił z wcześniej przejętymi przez siebie instytucjami, i zadali sobie pytanie – dlaczego z sądami miałoby być inaczej?

Prezydent Duda w uzasadnieniu swojej decyzji o wetach dał wyraźnie do zrozumienia, że społeczny sprzeciw wobec „reform” PiS był dla niego ważnym motywem, choć nie odmówił sobie przy okazji ataku na rzekomą agresję opozycji. Bardzo prawdopodobne, że swoje znaczenie miały sygnały z zagranicy, rozmowy z politykami europejskimi, przestrogi Komisji Europejskiej. Także Departament Stanu USA wyraził zaniepokojenie i informował, że toczy intensywne rozmowy z polskimi władzami. Nie można zatem całkowicie wykluczyć może nie wprost planowanej ustawki w ramach obozu PiS, ale jakiegoś ad hoc cichego porozumienia, o którym nikt nie ma się dowiedzieć, a wszyscy odegrają swoje role zdziwienia, oburzenia i deklaracji dalszej współpracy.

Jarosław Kaczyński też mógł zdać sobie sprawę, że poszedł na czołowe zderzenie ze wszystkimi graczami poza twierdzą PiS, że demonstracje są większe, niż się spodziewał, i zeszły do małych miast, powiatów, także na wschodzie i południu kraju, czyli tam, gdzie liczył na swoje niekwestionowane panowanie. A to, że może się w jednej chwili wycofać z forsowanego wcześniej z całym przekonaniem projektu, pokazuje niedawny przypadek podatku paliwowego. W tej sytuacji Duda i Kaczyński uratowaliby siebie nawzajem: Duda zdjął z prezesa PiS kłopot i wziął na siebie odium tego, który przeszkadza w „naprawianiu Polski”, a Kaczyński, pozwalając na weto, dał szansę prezydentowi na zachowanie twarzy i ucieczkę od wizerunku politycznego notariusza.

Ale też decyzja o wetach może być samodzielnym przemyśleniem prezydenta, który dostrzegł, że PiS przesadza, gra za ostro, że za bardzo skłócił Polaków i wywołał emocje prowadzące być może do konfrontacji fizycznej. W ciągu dwóch lat władzy Kaczyńskiego polityczny podział kraju bardzo się pogłębił; jest zupełnie inna atmosfera niż w czasie, kiedy Duda wygrywał wybory prezydenckie. Kiedy powróciła i jeszcze pogłębiła się dwubiegunowość sceny politycznej, jego szanse na drugą kadencję spadają. Na prawicy coraz częściej pojawiają się opinie, że trzeba przyjąć łagodniejszy kurs, skrócić front walki, przyhamować z agresywną, brutalną retoryką. Mówi się, że Duda chciałby poszerzyć bazę wyborczą na większe obszary prawicy, wyrwać się z zamkniętego pisowskiego kręgu. Zwłaszcza że sam konsekwentnie buduje osobistą popularność w Polsce terenowej, gdzie jest lubiany. Może być i tak, że za trzy lata to PiS nie będzie miał wyboru i będzie musiał poprzeć Dudę na drugą kadencję, a dojdzie prezydentowi część centrowego elektoratu. Wszak większość w niedawnym sondażu oczekiwała weta.

Pojawiły się też – wyraźnie niepokojąc twarde jądro władzy – spekulacje, że na scenie politycznej jest miejsce na PiS-light, konserwatywną partię, mającą wiele cech PiS, ale bardziej szanującą zasady, procedury i instytucje demokratycznego państwa prawa. Że coś takiego mogłoby kiedyś powstać w trójkącie Duda-Kukiz-Gowin, może Morawiecki. Dla imperium Kaczyńskiego, od lat walczącego o absolutny monopol na prawicy, nawet cień takiego pomysłu jawi się jako koszmar. Być może to zapowiedź pęknięcia pisowskiej formacji, może nawet początek prawdziwej walki o schedę po Kaczyńskim, nie tyle nawet w samej partii, ale w całym prawicowym obozie.

Kod klęski

Zwłaszcza że widać, iż imperium PiS dostało zadyszki, zapętliło się, uwierzyło w swoją omnipotencję. Bezradność propagandowa władzy wobec wielotysięcznych protestów w sprawie sądów – objawiająca się żałosnymi epitetami („komuniści, esbecy, zdrajcy”, „wdowy ubeckie”, „stare upiory bolszewickie”) – jest typową reakcją zaskoczonego imperium. Potem uruchomiono kuriozalne teorie, zaczerpnięte wyraźnie z orbánowskich Węgier, że protestujący są finansowani z zagranicy, trwa wojna hybrydowa i cyberataki z Rosji i Niemiec, że za wszystkim stoją antyrządowe firmy PR i astroturfing, a młodzi dali się zmanipulować. Najprostsze wytłumaczenie, że ludzie doszli do swojego gniewu samodzielnie, nie wchodziło politycznie w grę.

Władza staje się coraz bardziej agresywna i bezceremonialna. Była wyraźnie zdziwiona skalą oporu. PiS wygląda tak, jakby sam uwierzył we własną propagandę. Właśnie w takim stadium zaczyna się popełniać istotne błę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]