POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 12

Ludzie i wydarzenia / Świat

Marek Ostrowski

Wszyscy spadajcie!

Ewentualne zwycięstwo Macrona w II turze wyborów prezydenckich Francji to dopiero początek politycznych zawirowań w tym państwie.

Chapeau, artiste! (szacun, artysto!) – zawołał komentator stacji France 24 na wieść o zwycięstwie Emmanuela Macrona we Francji. Macron przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich i można śmiało obstawiać, że za dwa tygodnie utrzyma 20 proc. prognozowanej przewagi nad prawicową ekstremistką Marine Le Pen. Francja będzie miała najmłodszego w historii, 39-letniego prezydenta, który – niczym Obama w Ameryce – pojawił się niespodziewanie, zmontował swoją kampanię wyborczą, odrzucił tradycyjne podziały lewica–prawica i obiecuje wyzwolenie energii młodego pokolenia. Zaledwie rok temu, w Warszawie, jeszcze jako minister rządu, ale już zapowiadający własną karierę, rzucił pod adresem naszej władzy: „Nie mogę być zatrzymany przez ludzi, którzy nie chcą dalszej integracji. Nie zapisuję się do takiego klubu. Nasza młodzież marzy o Europie, widzi w niej przyszłość”. Nastroje w Europie powinny się więc znowu poprawić, a tandem francusko-niemiecki ruszyć naprzód.

Nigdy dotąd urzędujący prezydent, ten „monarcha republikański”, nie spadł tak nisko, by zrezygnować ze starań o drugą kadencję. François Hollande tak uczynił. Otworzyło to drogę do partyjnych wyborów, primaries, na wzór amerykański, ale te wybory wstępne dla wyłonienia kandydata – tak na lewicy, jak i na prawicy – zamiast zespolić tradycyjne partie wokół najbardziej obstawianych nazwisk – doprowadziły do rozsypki. Po raz pierwszy od 30 lat żadna z głównych partii nie zdołała doprowadzić swoich nominatów do decydującej tury wyborów – 7 maja. Zapowiada się więc gorzki okres pretensji personalnych, rozliczeń, może wręcz całkowitej rekompozycji francuskiej sceny partyjnej. Bo uwaga: 7 maja – jeśli nie dojdzie do trzęsienia ziemi – Macron obejmie Pałac Elizejski. Ale już po miesiącu – 11 i 18 czerwca – odbędą się wybory parlamentarne, do których w terenie staną przecież dotychczasowi partyjni notable. Powołana zaledwie przed rokiem partia Macrona – En Marche! (dosł.: naprzód, w drogę!) – została zarejestrowana pod adresem zaprzyjaźnionego dyrektora Instytutu Montaigne’a, paryskiego think tanku skupiającego kilkunastu jajogłowych, i przypomina raczej internetową chmurę entuzjastów niż machinę partyjną. Oczywiście pierwsze miejsce Macrona ważne będzie dla psychologii wyborców, którzy dają zwycięzcom premię; zarówno wśród republikanów, jak i socjalistów będą ucieczki do nowej formacji, ale prawdą jest, że prezydent – jak na razie – nie ma z kim rządzić. Tak podział na lewicę i prawicę, jak i same te określenia polityczne narodziły się przecież we Francji. Tymczasem Macron w kampanii gromko głosił, że nie jest ani lewicą, ani prawicą. Może to być jego siła, która ułatwi historyczne przegrupowanie w kraju, ale może to też być zalążek napiętych stosunków między przyszłym prezydentem a nowym parlamentem.

Charakterystyczne, że trybun ludowy i spadkobierca komunistów – Jean-Luc Mélenchon, który uzyskał prawie 20 proc. głosów – jego sukces był zresztą główną przyczyną sromotnej klęski oficjalnego kandydata partii rządzącej Benoît Hamona (zaledwie 6 proc.) – głosił, że wyraża „gniew ludu przeciw elitom”. Na wiecach przewodził skandowaniu: Dé-ga-gez, dégagez!, spadajcie, wynocha – pod adresem wszystkich pozostałych. Mélenchon nie tylko chce obalić wszechwładną „oligarchię finansową” i od razu wydać 250 mld euro na cele społeczne, ale i rozwiązać NATO. Nie tylko przedstawiał się jako admirator Chaveza, który doprowadził Wenezuelę do ruiny, ale zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników wcale nie opowiedział się przeciw Marine Le Pen; odwrotnie – twierdził, że pozostali w wyścigu rywale reprezentują ten sam kapitalistyczny system, nieczuły na los ludu i współczesne problemy. Ta Francja, zniechęcona i poirytowana, nie zniknie jutro jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co więcej, narodził się już termin: dégagisme (jak to przetłumaczyć? – ideologia wynochy?), skierowana przeciw dotychczasowym elitom, a brutalnie mówiąc coś w rodzaju naszego TKM.

Nie tylko Mélenchon, który wymyślił skandowanie dégagez!, ale i Marine Le Pen należy do tego samego nurtu. Zgodnie z francuskim powiedzeniem, że skrajności się spotykają. Pani Le Pen, jedyna, która w kampanii wyborczej pojechała po błogosławieństwo do Moskwy Putina, i tak będzie się mogła pochwalić ogromnym sukcesem. Jej ojciec i założyciel Frontu Narodowego Jean-Marie Le Pen w wyborach przed 15 laty uzyskał 6,4 mln głosów, ale sam jego awans do drugiej tury był sensacją polityczną i dzwonem alarmowym. W tych wyborach już chyba od roku uważano, że przejście córki do drugiej tury jest oczywiste, zgoła banalne. Zapamiętajcie liczbę 6,4 mln i sprawdźcie, ile teraz uzyska córka. Przypuszczam, że będzie to więcej, ale nawet jeśli nie – to nastąpiła już banalizacja zła. Front Narodowy stał się częścią francuskiego pejzażu politycznego, podczas gdy dwóm głównym partiom grozi dekompozycja. Marine Le Pen będzie twierdzić, że przewodzi pierwszej sile kraju, ale większoś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]