POLITYKA

Wtorek, 21 października 2014

Polityka - nr 49 (2533) z dnia 2005-12-10; s. 30-34

Kraj / Dynastia

Ryszarda Socha

Wszystkie dzieci Wałęsy

Jarosław terminował w biurze ojca niecałe trzy lata. Został posłem. Jego miejsce zajęła siostra Marysia. Inne dzieci państwa Wałęsów wybierają różne drogi, nie wszystkie marzenia się spełniły, a solidna, tradycyjna rodzina też miewa niemałe problemy.

Malutki pokoik w zabytkowej Zielonej Bramie w Gdańsku. Wejście do niego prowadzi przez gabinet Lecha Wałęsy, akurat przebywającego za granicą. Ale już wkrótce Jarosław, najmłodszy (rocznik 1976) z czwórki synów byłego prezydenta, usamodzielni się lokalowo. Wystąpił do magistratu o stumetrowe biuro przy sąsiedniej ulicy Chlebnickiej. Szacuje, że jego utrzymanie pochłonie sporą część środków ustawowo przewidzianych na ten cel. Ale mniej wyda na pensje dla personelu. Bo do młodego posła garną się młodzi ludzie – kończący studia, tuż po studiach, gotowi pracować za darmo jako wolontariusze. Zgłaszają się ludzie świetnie wykształceni, znający cztery języki, a bezrobotni. – To mnie boli – opisuje nowe doświadczenie poseł Wałęsa.

Uzyskał 14 709 głosów. To czwarte miejsce w gdańskim okręgu wyborczym po Donaldzie Tusku (79 237 głosów), Jacku Kurskim (26 446) i Tadeuszu Cymańskim (23 518). Z ostatniego miejsca na liście Platformy Obywatelskiej awansował na drugie, tuż po Tusku. – To imponujący wynik wyborczy, nie wiadomo, czy sam Lech Wałęsa by taki uzyskał – mówi dr Marek Suchar, psycholog społeczny, specjalista od karier zawodowych. – Jarosław Wałęsa jest pozbierany, ambitny, ale takich młodych ludzi są dziś tysiące. O nim można powiedzieć, że rozsądnie dyskontuje popularność nazwiska.

Wcześniej były wybory do Parlamentu Europejskiego. Jarosław wystartował w nich z listy Narodowego Komitetu Wyborczego Wyborców Macieja Płażyńskiego z ostatniego miejsca. – Lech mówił wtedy: zobaczymy, zrobimy test, jak działa nazwisko – wspomina zaprzyjaźniony z całą rodziną Jerzy Borowczak. – Lista nie przeszła, ale Jarek złapał bakcyla.

Zdobył wtedy 6791 głosów. Też sporo jak na zupełnego nowicjusza. Twierdzi, że teraz w najśmielszych marzeniach liczył jedynie na powtórzenie tamtego wyniku. Wiedział, że to wystarczy, aby zasiąść w sejmowej ławie. W kampanię na dobrą sprawę mało się angażował. Zbiegła się ona z obchodami 25-lecia Sierpnia 1980. Towarzyszył ojcu w uroczystościach, których było multum. Kilka razy zapraszano go na różne przedwyborcze debaty. Niektórzy mówili, że odmawia, bo się boi. To nie tak. Po prostu nie miał czasu. Tym samym jednak mniej lub bardziej świadomie dokonał wyboru. Wolał stanąć przy Lechu Wałęsie, w świetle jupiterów, fleszy, w zasięgu obiektywów kamer, niż ścierać się na poglądy z rywalami. Spopularyzował twarz i wspólne nazwisko kosztem szlifu, jaki daje kandydatowi intensywny udział w kampanii wyborczej.

Na pewno jest ambitny. Tuż po wyborach obwieścił, że chciałby zostać wiceprzewodniczącym komisji spraw zagranicznych. I nadal to podtrzymuje.

W zamkniętej dłoni

Znane nazwisko może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Zależy to od osoby, która je nosi, od jej życiowych planów, oczekiwań, odporności na bycie pod publicznym ostrzałem. Jeśli ktoś chce przejść przez życie cicho, niezauważony, to ze znanym nazwiskiem nie będzie się czuł najlepiej. Jest duże prawdopodobieństwo, że zbierze – jak by to nazwał były prezydent – plusy ujemne. A dodatnie pozostaną poza jego zasięgiem. Lech Wałęsa lubi być na świeczniku. Tłumy, dziennikarze, kamery to jego żywioł. Czasem upewnia się, czy magnetofon rejestruje jego wypowiedzi, żeby nie uleciały bez śladu.

Danuta Wałęsowa jest z zupełnie innej gliny. W rzadko udzielanych wywiadach nie kryje, że z jej punktu widzenia najlepsze były lata 70. Czasem mówi, że ich rodzina była wtedy jak „zamknięta pięść”, czasem, że jak „zamknięta dłoń”. I właśnie ów stan zamknięcia jest dla niej ideałem, którego nie dało się utrzymać. Bo w sierpniu 1980 r. Lech, mąż Danuty, został kochankiem Historii. „Gdy powstawała Solidarność, poczułam, że coś straciłam w swoim małżeństwie, w życiu rodzinnym. Tak jakby coś uciekło” – mówiła dla „Gazety Morskiej” w grudniu 1994 r. I nigdy nie zmieniła zdania. Można odnieść wrażenie, że ani awans społeczny, ani prestiż, ani materialny dobrobyt nie zrekompensowały Danucie Wałęsowej straty. Tego, że jej małżeństwo stało się, jak to kiedyś nazwała, małżeństwem społecznym.

Najpierw urodziła czterech synów, potem cztery córki. Jerzy Borowczak zapamiętał całą gromadkę następująco: – Magda była malutka, kiedy zaczęliśmy ją nazywać artystką, bo śpiewała, tańczyła, minki robiła. Inne dziewczyny – spokojne, miłe, specjalnie nie zwracały na siebie uwagi. Podobne do Danki. Sławek i Przemek jak ojciec interesowali się techniką. To były cholerki, rozrabiaki. Jak ojciec złapał za pas, to Przemek wołał: Jak to, laureat pokojowej Nagrody Nobla, a pasa będzie używał. Miał wtedy może 10, może 11 lat. Najstarszy Boguś był cichą osóbką, uprzejmą. A Jarek – ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]